poniedziałek, 12 sierpnia 2013

15

Gdy doszły do budynku galerii, Grey miała już serdecznie dosyć paplaniny Meg. O ile monologi Joanny były do wytrzymania, to Stuarts, która wszystkich oczerniała i obśmiewała, przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości. Lily miała nadzieję umknąć jej na ćwiczeniach. Z ulgą dostrzegła, że profesor Hillis przywołał Meg do siebie w związku z jakimiś nieścisłościami w jej pracy.
Ćwiczenia, podczas których omawiano różne sposoby przedstawiania postaci ludzkich na pejzażach, były wbrew pozorom bardzo nudne. Mimo to, wymagały skupienia i koncentracji. Gdy się skończyły, Lily odetchnęła z ulgą.
Jeszcze tylko dwie godziny wykładu z sztuki współczesnej u Collinsa. A potem Lily będzie mogła już swobodnie martwić się, jak skontaktuje się z Davey’m Havokiem.
To mogło być problematyczne, zważając na fakt, że dziewczyna nie wiedziała gdzie on mieszka, a w stanie wczorajszego oszołomienia nie wzięła też jego numeru telefonu.
To mogło być problematyczne. I pewnie by było, gdyby nie to, że David stał przy fontannie na placu przed budynkiem Wydziału Malarstwa i Grafiki. Lily poczuła jednocześnie ulgę i niepokój.
-Hej – powiedziała, gdy odwrócił się w jej stronę. – Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo. – natychmiast zasadziła niesforny kosmyk włosów za ucho, ukazując rząd kolczyków-kulek w płatku ucha.
- Szczerze mówiąc, trochę dłużej niż się spodziewałem. – odparł, śledząc wzrokiem ruch jej dłoni poprawiającej fryzurę.
- Kurczę! – szepnęła pod nosem. – Powinnam jeszcze pójść na wykład... aaale, chrzanić to – machnęła znów dłonią. Zdecydowanie powinna coś z tym zrobić. Te ręce latają całkowicie poza jej kontrolą. – Profesor chyba będzie zadowolony. – dodała, ruszając alejką.
- Wykładowca cieszący się, że opuszczasz jego wykłady – Havok gwizdnął cicho. – Dużo się zmieniło, odkąd tu studiowałem.
- Chodziło mi o to – odchrząknęła – Że profesor Collins stwierdził, że się przepracowuję, no i że powinnam wyluzować. W takim razie tylko wypełniam jego radę.
- Dobrze, że pomagam ci się wyluzować. – mężczyzna wyszczerzył zęby. – Jedziemy do ciebie? – zapytał, kierując swój wzrok na luksusowy srebrny samochód.
- Nie. Mam pracownię w teatrze, całkiem niedaleko.
Jej pracownia w pełni zasługiwała na tę nazwę. Panował w niej artystyczny nieład, oprócz jej przyborów znajdowały się tam elementy scenografii. Jako że była najlepsza na roku zaproponowano jej współpracę z teatrem. Polegało to głownie na przygotowaniu tła do przestawień, ale dzięki temu mogła podreperować swój skromny budżet. A ten spory magazyn był o wiele lepszym miejscem do malowania niż jej sypialnia.
- Przygotowałam kilka szkiców. Ale nie jestem co do nich pewna. Ale jeśli masz swoje pomysły, to chętnie ich wysłucham. – Lily miała nadzieję, że zachowuję się co najmniej profesjonalnie; nie pozwalała dojść do głosu swojej nieśmiałości i świadomości, że rozmawia z samym Davey’m Havokiem z AFI, za którym piszczały i do którego modliły się jej koleżanki z forum internetowego. „Iskierka i Żaba z pewnością by padły i nie mogły wykrztusić ani jednego słowa. Puknij się i się zachowuj!” Uśmiechnęła się krzywo, bo po raz kolejny karciła się w myślach.
- Oddaję się caały w twoje ręce. – Havok, w przeciwieństwie do niej był całkiem wyluzowany. Ze swobodnym uśmiechem i doskonałym humorem kwitnącym na twarzy, wyglądał jakby traktował to jak świetną zabawę.
-Ok. Preferujesz jakiś konkretny styl czy którąś z technik? – Lily zacisnęła palce na notatniku, by mieć pod kontrolą swoje rozlatane jak śmigła helikoptera ręce.
- Ufam ci. Maluj jak chcesz. Chociaż... nie obrażając Picassa, chcę mieć oczy na swoim miejscu. – parsknął śmiechem. – A może jak Dawid? – Havok przybrał pozę słynnej rzeźby Michała Anioła.
- To rzeźba. Do tego Dawid jest nagi.
- No i co z tego? Ja się nie nadaję do aktu?
         Lily wytrzeszczyła oczy. Ten facet się z niej po prostu naśmiewa. I z pewnością ma niezły z tego ubaw.
- Lily, ja żartowałem. Ale przyznam, że było to warte twojego wyrazu twarzy. – Facet, nie rób tego więcej. I zachowuj się jakoś normalnie.
Malarka westchnęła, próbując się uspokoić.
- Może zacznijmy od tego, na czym będziesz siedzieć. Fotel, taboret... Chyba nawet mam coś takiego. – bez kontynuowania wypowiedzi, Lily wyszła z pomieszczenia. Przez dłuższą chwilę grzebała w rekwizytorni, by wreszcie z ogromnym wysiłkiem przetransportować do pracowni wielki i ozdobny tron. Tak to ją zmęczyło, że opadła na niego bez życia.
David prędko zjawił się zaraz przy niej.
- Nie wybaczę ci tego.
Przestraszona dziewczyna natychmiast wyprostowała się na siedzeniu. Co znów zrobiła źle?
- Powiedziałem, że ci nie wybaczę jak zachorujesz. A ty co? – założył ręce na piersi i spojrzał na nią groźnie. – Przełóżmy to, aż się wykurujesz.
- Nie! – Grey natychmiast zapomniała, że się z niej podśmiewał i się ożywiła. – Nie mamy czasu. Ja nie mam czasu. To tylko trzy miesiące. Leonardo da Vinci malował Monę Lisę siedem lat. A ja mam tylko trzy miesiące! – zatrzymała się gwałtownie na środku pomieszczenia. – Genialne! A takie proste i oczywiste! – widząc teraz niepewna minę mężczyzny, uśmiechnęła się tryumfalnie. Teraz już wiesz, jak to jest, gdy ktoś robi sobie z ciebie podśmiechujki? Ale rozwinęła myśl. – Co jest bardziej klasycznego od Mony Lisy? Najsłynniejszego portretu świata?
- Czyli... mam być Monem Lisem? – David wzniósł wysoko brwi.
- Tak. – Lily zachichotała.  – La Giocondem.
Dziewczyna zaczęła się zastanawiać nad wszystkim i gdy to przekalkulowała, cały jej entuzjazm osłabł.
- Kurczaki! Nie mogę przecież przełamać konwencji. – Teraz Grey całkiem spoważniała i ze skupioną miną krążyła od ściany do fotela.  – Nie mam deski z topoli. Ale to się jakoś załatwi. Choć tanio nie będzie. Dalej. Werniksy, grunt malarski. Malowanie na desce pochłania mnóstwo czasu i pracy.
- A co złego jest w płótnie? – Davey przerwał jej wyliczanie.
- Co jest złego? No, no, wszystko. Portret Mona Lisa na płótnie byłby zwykłą tanią podróbą, banałem, tandetą! To tak jakby... jakby Rihanna miała śpiewać piosenki Queen. Choć w sumie to byłoby jeszcze gorsze. Klasyka jest klasyką i taka musi pozostać. Jedyny portret Mona Lisa, to taki na desce. Nic innego nawet nie wchodzi w grę.
- Ok łapię, łapię. To tu tu jesteś artystką. – Havok uniósł dłonie w geście poddania.
- Ja... trochę mnie poniosło. Po prostu jestem bardzo tym przejęta. I chcę wszystko zrobić jak należy. Bo to nie chodzi o ten coroczny konkurs prac. Teraz przecież muszę się dodatkowo postarać, bo maluję to dla ciebie. Więc nie mogę niczego spartaczyć. – ożywienie podniosło Lily trochę ciśnienie. I skoro David zwracał się do niej w tak żartobliwy i bezpośredni sposób, to ona też przestanie się go wstydzić. Bo od dzisiaj będą ze sobą spędzać co najmniej kilka godzin dziennie. – I będziesz musiał mi wybaczyć. Mam zamiar wracać do domu i się kurować. Bo dzisiaj mogę co najwyżej zrobić szkic, dla zapoznania się z materiałem.
- Mam nadzieję, że będę łatwy do zapoznania. – mężczyzna odezwał się, siadając na tronie.

***
- Tak?
- Podbródek trochę wyżej. I trochę się pochyl w moją stronę. Myślałam, że już załapałeś o co chodzi. Przerabialiśmy to z tysiąc razy.
- To pokaż mi po raz tysiąc pierwszy. – Davey założył ręce na piersi, niczym naburmuszone dziecko.
Lily ostentacyjnie westchnęła, odłożyła paletę i podeszła do swojego modela, by poprawić jego usadowienie. Gdy robiła to pierwszy raz, ręce drżały jej i z lekką obawą ujmowała go za szczękę, by pod odpowiednik kątem ustawić głowę. Teraz, po tygodniu intensywnej pracy, była to dla  niej rutynowa, niczym nie wyróżniająca się czynność jak mieszanie farb.
Wszystkie przybory malarskie udało jej się zdobyć zadziwiająco szybko, chociaż pozbawiło ją to całej sumy ze stypendium.
Samo malowanie szło dość mozolnie. Te kilka kresek na zaimpregnowanej desce nie przedstawiało niczego szczególnego.
A David choć starał się, to po dłuższej chwili pozowanie bez zmiany pozycji nużyło go. Musiał się poruszyć, powiedzieć coś, wtrącić, opowiedzieć historię nie cierpiącą zwłoki. Pod tym względem bardzo przypominał Joannę i mogłoby się wydawać, że całkiem udanie ją zastępuje.
Ale tylko pozornie. Joanna była tylko jedna i towarzystwo Davida czy Antona nie mogło jej wynagrodzić nieobecność Thomson. Choć różniły się prawie wszystkim, to ich zażyłość graniczyła prawie z symbiozą. Studentka fotografii wprowadzała w życie Lily elementy szaleństwa i dobrej zabawy, ta ostatnia zaś niejednokrotnie sprowadzała swoją przyjaciółkę na ziemię. A poza tym, mimo przyzwyczajenia do męskiego towarzystwa, Grey potrzebowała też kontaktów z inną dziewczyną. A nękająca ją ostatnio Meg Stuart nie była dobrym kandydatem na osobę, z którą chętnie będzie spędzać czas.
Lily tęskniła za Joanną, ale to nie doprowadziło do jakiegokolwiek pojednania. Rana była zdecydowanie zbyt świeża, by robić z nią cokolwiek. Za każdym razem gdy mijała brunetkę na kampusie odczuwała, że coś silnie zaciska jej płuca i wbija miliony igiełek. Grey nie bardzo wiedziała, czy ten ból spowodowany był tęsknotą za przyjaciółką czy żalem, za to co Thomson jej zrobiła.
Dziewczyna wyrwała się z rozmyślań i ujęła w dłonie pędzel oraz paletę. Mieszała kolory; dobieranie odcieni zabierało więcej czasu niż samo malowanie. A nakładanie kolejnych warstw werniksu dodatkowo spowalniało proces powstawania arcydzieła.
- Hej! – pstryknęła palcami. – Hipnotyzuj wzrokiem! Czaruj! Wydziel z siebie te wszystkie pokłady zwierzęcego magnetyzmu. Nie możesz patrzeć jak jakaś ciepła klucha! Pokaż, kto tu jest mężczyzną i samcem alfa!
- Wydaje mi się, że chyba lepiej ode mnie wiesz, jak uwodzić kobietę. – warknął David.
- Nie, ja wiem, co chcę uzyskać na portrecie. I wiem, że potrafisz doprowadzić, by jednym spojrzeniem powodować galaretowatość nóg, kołatanie serca i gęsią skórkę.
- A skąd to wiesz? Z autopsji? – zapytał zaczepnie, przywołując na usta złośliwy uśmieszek.
Lily groźnie zmrużyła oczy. Czy on jako punkt honoru wyznaczył sobie denerwowanie jej i wyprowadzanie z równowagi?
- Hunter. – powiedziała cicho.
- Co Hunter?
- To Hunter powodował u mnie takie objawy. – dodała. Co było oczywistym kłamstwem. Mimo sympatii do wszystkich chłopaków z zespołu, za żadnym nie wzdychała. No, jeżeli już miała za czymś się tęsknie oglądać, to za długimi gęstymi włosami Davida za czasów „Sing the Sorrow”. Teraz sama dysponowała o wiele dłuższą fryzurą, więc sposób uczesania któregokolwiek z nich, przestał być dla niej powodem do modlenia się przed plakatami.
- Naprawdę? Przecież on jest łysy!
- Zazdrosny? Pożycz od niego żyletę i zgól się na zero. Może wtedy spojrzę na ciebie łaskawszym okiem. Ale teraz skup się! Bardzo cię proszę.
Ta krótka wymiana złośliwości nie przyniosła żadnego skutku. Havok zamiast się skoncentrować, rozsiadł się na tronie i mruczał pod nosem: łysy!
Lily, nie chcąc tracić czasu na fochy pana gwiazdora, odwróciła się do niego plecami i zajęła przygotowaniem laserunku, który musi „dojrzewać” przez kilka tygodni, by go wykorzystać w późniejszej fazie tworzenia obrazu.
-Zgłodniałem. Idę do tej chińskiej restauracji. Wziąć ci coś? – Davey zapytał przerywając ciszę. Naciągnął na siebie marynarkę i poprawił mankiety.
- Wybierz mi coś. Zdaję się na ciebie.
Drzwi trzasnęły i Havok opuścił pracownie. Wydawać by się mogło, że ich znajomość nie przebiega zbyt pomyślnie. Wyzłośliwiali się przy każdej możliwej okazji, ale Lily poczuła, że jakimś cudem lubi Davida. On również czuł się bardzo swobodnie w jej towarzystwie, a czasami nawet zbyt swobodnie. Jednak oprócz głupich żartów, często potrafili zasiedzieć się w pracowni i rozmawiać na poważne tematy. Rozmowy z nim były naprawdę pasjonujące. A zwłaszcza sposób, w jaki były prowadzone. Davey, z racji kilku lat więcej potrafił zachowywać się niczym wykładowca, by po chwili rzucić uwagę w bardzo lekkim tonie.
Ponad to udało mi się uczynić coś, nad czym nadaremnie od kilku lat pracował Anton. Zmuszał Lily do przerywania pracy i regularnego odżywiania się. Najzwyklej w świecie stawiał przed nią tackę z jedzeniem i nawet nie zwracał uwagi na jakiekolwiek słowa sprzeciwu. Był przy tym równie uparty co Lily, która w końcu skapitulowała  bo posiłki przynoszone przez Havoka pachniały tak cudownie i wpływały na to, że ślinka od razu ciekła jej z ust. Grey nie miała pojęcia, skąd on zna tyle różnych restauracji z tak pysznym wgetariańskim jedzeniem. Ale w końcu on tu mieszkał od dziecka, więc zapewne wiedział o Berkeley więcej, niż tylko umiejscowienie fajnych knajp.
Drzwi ponownie się otworzyły.
- Czego znów zapomniałeś? – zapytała Lily nie odrywając wzroku od miseczki, w której mieszała odpowiednie składniki.
- Lily...
 Ten głos zdecydowanie nie należał do jej modela. Ani tym bardziej perfumy o intensywnym kwiatowym zapachu, które omiotły ją, gdy Joanna znalazła się w pokoju. Artystka przerwała mieszanie, ale nie odwróciła się do przyjaciółki. Nie była pewna, co powinna zrobić.
- Co tu robisz? – zapytała, gdy nie doczekała się kontynuowania wywodu przez Thomson.
- Ja... ja wszystko spieprzyłam. Kolejny raz. I jest mi tak cholernie przykro. Jak zwykle daję dupy. I rozczarowuję cię  – to akurat z rozczarowaniem ma mało wspólnego, pomyślała z goryczą malarka. – Masz całkowite prawo być na mnie wściekła. Ja sama jestem na siebie wściekła. To wszystko przez ten alkohol, wiesz dobrze, że nie zachowałabym się tak normalnie! Myślę o tym bez przerwy i naprawdę nie potrafię siebie zrozumieć. Dlatego nie proszę cię o zrozumienie. Chciałam tylko, żebyś wiedziała, jak źle mi z tym. Jeżeli uznasz, że chcesz zerwać ze mną wszelki kontakt... – Lily usłyszała, że głos Joanny drży niebezpiecznie. – Ja nie będę ci się narzucać. Ale wiedz, że jesteś dla mnie najbliższą przyjaciółką. Byłaś dla mnie zbyt wspaniałomyślna i nie mogę cię prosić, byś kolejny raz wybaczyła mi moje głupie i bezmyślne zachowanie. Jesteś tak inna niż wszyscy i tak bardzo mi ciebie brakuje... – Joanna wybuchła głośnym płaczem.
Dopiero wtedy Lily odwróciła się. Thomson opierała sie o regał zawalony modelami z gliny, które malarka przygotowała kiedyś na zajęcia. Płakała zakrywając usta dłonią.
- Jo... – Lily zacisnęła usta. – Masz rację, to było dla mnie trudne. Czułam się upokorzona i poniżona. Byłaś dla mnie kimś naprawdę ważnym. – dziewczyna nie potrafiła mówić o uczuciach. Nie umiała ubierać ich w słowa. Dlatego słowo „ważny” miało takie właśnie znaczenie. Nie było pustym zapychaczem, komplementem rzucanym na ot tak. – Joanna, na miłość boską, to ja powinnam płakać! Nie ułatwiasz mi.
- Prze-przepraszam – brunetka głośno pociągnęła nosem.
- Posłuchaj. – zaczęła Lily. Przeczesała palcami włosy, by zebrać myśli. – Być może nie będzie już tak jak dawniej. Nie wiem czy nie będę żałować, gdy dam ci kolejną szansę, ale wydaje mi się, obie potrzebujemy siebie nawzajem. Zaufanie ci będzie dla mnie wyzwaniem. Dlatego proszę cię, nie wymagaj ode mnie jeszcze więcej. – Grey w końcu spojrzała Joannie w oczy.
- Naprawdę? – Thomson rozpromieniła się. Wyciągnęła ręce w stronę artystki. – Czyli zgoda?
- Zgo... – zaczęła, ale nie dokończyła, bo uścisk czarnowłosej ją sparaliżował.
Wciągnęła powietrze i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie może przełknąć śliny. Nie była na to przygotowana. Każdy bliższy kontakt fizyczny powodował, że Lily cała się spinała. Dotyk czyichś dłoni na jej skórze wywoływał dreszcze.
Muszę z tym walczyć, pomyślała, przecież to normalne, że ludzie się dotykają. Całą siłą woli skupiła się, by odwzajemnić przytulenie. Skończyło się na tym, że ledwie poklepała Joannę po plecach. No cóż, to i tak postęp. Czy kiedyś przestanie mi to przeszkadzać? Nie miała problemów, gdy ktoś dotykał ją w rękawiczkach, na przykład tatuażysta, czy jakimikolwiek przyrządami. Ale potarcie skóry o skórę wywoływał u niej reakcję, jakby ktoś ją poraził prądem. To głównie dlatego dla wszystkich wydawała się taka niedostępna i zdystansowana.
- Co to za zapach? – odezwała się Joanna, oswobadzając Lily ze swojego uścisku.
- To terpentyna wenecka. Ma taki głęboki, przyjemny zapach.
- Kojarzy mi się z tobą. – Joanna wzruszyła ramionami. – Myślałam nawet, że to może jakieś perfumy. Ale raczej do mnie by nie pasowały. – Przeniosła swój wzrok na zaimpregnowaną deskę z kilkoma kreskami, które na razie bardziej przypominały prace Picassa, niż zamawiany przez Davida portret.  – Widzę, że w końcu znalazłaś kandydata na portret. Kto to? – Przyjrzała się wiszącym szkicom. – Cholera! To naprawdę on? Jak to się stało?
 - Zapytał czy nie namaluję mu portretu. – Lily uśmiechnęła się z satysfakcją
- Jak i kiedy? – Joanna przysiadła na tronie.
- Zaraz po tym jak... noo wiesz – Grey wykrzywiła w bok głowę.
- Widzisz, nie ma tego złego..
- Faktycznie, nic tak nie zbliża ludzi jak bycie obrzyganym.
Uśmiech Joanny zbladł.
- Oj tam, stare dzieje... Ważne, że masz kogo malować. Ja też mam ciekawy projekt na zajęciach. Zdjęcia inspirowane sztuką. Coś w twoich klimatach.
- Pomóc ci coś wybrać?
- Jeśli miałabyś chwilę czasu. Spotkałybyśmy się, coś byś mi zasugerowała. No i przede wszystkim opowiesz mi WSZYSTKO o sama-wiesz-kim. – głową wskazała sztalugi.
- O Voldemorcie? – Lily zachichotała. Thomson spojrzała na nią z politowaniem.
- O Twoim modelu. A tak w ogóle gdzie on jest? Zresztą nieważne. Obiecałam, że zostawię go w spokoju. Jest cały twój.
- Joanna!
- No co? Zadzwoń, gdy nie będziesz tak pochłonięta panem gwiazdorem – przejrzała się w starym ozdobnym lustrze, poprawiła makijaż i widząc nachmurzoną minę Lily, mrugnęła do niej okiem. – Dobrze, ani słowa więcej. Bawcie się, ale bądźcie grzeczni. – dodała znikając za drzwiami.
Krótka wizyta Joanny spowodowała, że zagracona pracownia nabrała cieplejszych barw. Thomson i jej temperament podgrzewają temperaturę w każdym miejscu. Była niczym pierwszy ciepły wiosenny wiatr. Lily poczuła jak bardzo jej tego brakowało. Westchnęła głęboko i uświadomiła sobie, że uścisk w jej wnętrzu całkowicie wyparował, a zagnieździło się tak miłe poczucie ulgi.
- Jeszcze paruje – ciszę przerwało przyjście Havoka.
Dziewczyna otworzyła pakunek z logiem chińskiej restauracji, zręcznie złapała pałeczki i zaczęła jeść. Przez te wydarzenia naprawdę zgłodniała.
- Dobre! – zawołała z pełnymi ustami.
- Więcej zaufania, kobieto! – odpowiedział David rozdzielając pałeczki.
______________________________________________
Tylko miesiąc nieobecności. Robię postępy. Tak ogólnie rozdział miał być jeszcze wczoraj, ale wprowadziłam w nim mnóstwo poprawek. W sumie prawie w całości zmieniłam treść, więc to jeszcze więcej zajęło mi czasu. Osobiście nie wiem, która wersja jest lepsza - ta czy oryginalna. Więc dlaczego  napisałam to w taki sposób. Nie wiem. Pierwotnie David nie był aż takim żartownisiem, był bardziej bezpłciowy. To najistotniejsza zmiana. Dobbra nie zanudzam. ;)

środa, 10 lipca 2013

14

Malarka uniosła brwi najwyżej jak potrafiła. Teraz to ją zaskoczył. Zapewne chodziło o jej orientację seksualną albo coś. Bo czego innego może dotyczyć niedyskretne pytanie?
Mężczyzna, widząc jej minę, trochę się zmieszał.
- Wydaje mi się, że źle sformułowałem prośbę. Mam wrażenie, że skądś panią pamiętam. Tak. Czy nie udzielała pani przypadkiem jakiegoś wywiadu? W ostatnim czasie?
On to pamięta? Ups. Lily z zażenowaniem przygryzła wargę. No to klops.
- Tak. – spuściła głowę na wspomnienie tamtej klęski.
- Wiem, że to wścibskie, ale usłyszałem  całą tamtą rozmowę – no nie! On był zakłopotany! Z naszej dwójki, to raczej ja miałam powody ku temu. – I ja... wiem, że to nagłe pytanie. Tak sobie pomyślałem, czy pani...
Czy pani co...? Grey wstrzymała oddech, czekając na słowa, które przerwą ciszę. Które mogłyby odmienić jej życie? Och, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, skarciła się w myślach. Zachowuj się, jak przystało na rozsądną dziewczynę, a nie jak na głupiutkiego podlotka!
- Czy namaluje mi pani portret?
- Słucham? – Lily ze świstem wypuściła powietrze z ust.
- Rozumiem to dla pani zbyt niespodziewane. Najmocniej przepra...
-Och, Co? Nie... niee. Znaczy... tak, namaluję pana portret, z największą przyjemnością.
- Naprawdę? – Havok przystanął, widząc, że dziewczyna także się zatrzymała.
- Tutaj mieszkam. – malarka wskazała niezbyt duży, parterowy budynek obity drewnem, z niskim ogrodzeniem. – Dziękuję za odprowadzenie.
- Więc... zgadza się pani?
- Tak, zdecydowanie. Bo widzi pan...
- Skoro mamy wspólne interesy, przejdźmy sobie na „ty”. To wiele ułatwi - wyciągnął w jej stronę rękę. – David.
- Lily – uścisnęła dłoń. – Bo wi-widzisz – zająknęła się, niepewna tego bezpośredniego zachowania. – Ja też z opłakanym skutkiem zabierałam się za ten projekt. Usprawiedliwiałam się, że mam mnóstwo czasu, i że nadal nie wiem co przedstawić.
- Czyli problem z głowy. – uśmiechnął się, eksponując rząd białych, równych zębów. Na obu jego policzkach pojawiły się dołeczki i kurze łapki wokół oczu. – Teraz, kiedy jesteś bezpieczna zapewnię sobie transport do domu. – wyjął z kieszeni telefon i zamówił taksówkę.
Do czasu przyjazdu samochodu prowadzili niezobowiązującą rozmowę, głównie o studiach Lily. Gdy wóz pojawił się na końcu ulicy Davey pożegnał się i już miał ruszyć w stronę świateł taksówki, lecz w tej chwili dziewczyna spostrzegła, że nadal ma na sobie jego marynarkę. Niechętnie się z nią rozstała, była przecież taka ciepła i przyjemna w dotyku, nawet jeśli trochę za duża.
- David! – poczuła, jak coś zacisnęło jej gardło. – Marynarka!
-Dzięki, do jutra! – machnął jej ręką i wsiadł do auta.
Lily zamknęła drzwi do swojego pokoju. Nie mogła uwierzyć, że niecałe dwadzieścia cztery godziny temu jej życie było nudne i monotonne. Myśli przelewały się w niewiarygodnym tempie. By je zagłuszyć i przede wszystkim, by pozbyć się brudu, poszła wziąć prysznic.
Leżąc w łóżku miała lekkie wyrzuty sumienia, że tak szybko i niedbale się pomodliła. Wyglądało to tak, jakby z powodu zmęczenia i głupiej imprezy zaniedbywała Boga. Usprawiedliwiła siebie samą nawałem myśli i zajęciami od samego rana.
Zamknęła oczy, a po chwili jej powieki same się podniosły. Nie było zbytniej różnicy, bo znajdowała się w całkowitych ciemnościach. Jednak przeszkadzało jej to, że ni może usnąć. Jak na złość, kiedy powinna lecieć z nóg i zasypiać na stojąco, to leży z szeroko otwartymi oczami. Domyśliła się przyczyny – jej mózg nadal pracował na najwyższych obrotach, pobudzona dzisiejszymi i wczorajszymi wydarzeniami. Chcąc, nie chcąc, zaczęła je analizować.
Kilka razy uśmiechnęła się na żywe wspomnienia tańców i wygłupów. To była część zdecydowanie warta zapamiętania. Scenę w łazience chciała jak najszybciej porzucić w niepamięć. Lecz im bardziej starała się o tym nie myśleć, tym natarczywiej napływały obrazy. W końcu poddała się i jeszcze raz przeżyła horror.
Jej jedyna, najlepsza przyjaciółka chciała ją... zgwałcić? To brzmiało komicznie, choć wcale takie nie było. Raczej obrzydliwe i przerażające. Powodujące ciarki i torsje. A kiedy zaczęły mieszać się z poprzednimi wspomnieniami wywołało łzy. Lily skuliła się na łóżku, podciągnęła kolana pod brodę i objęła rękami nogi. Pochlipywała, czując na skórze dotyk, a we wnętrzu ból. Osoba, której prawie bezgranicznie ufała. Zrobiła jej coś takiego. Ciało Grey znów przestało być jej własnością. Stało się więzieniem i ograniczeniem, skorupą, która zadawała cierpienie.
W tej chwili Lily porzucić wszystko, w panicznym pośpiechu spakować się i uciec. Choć doskonale wiedziała, że to przed czym tak pragnie się schować, zawsze i wszędzie jest z nią. Jest w niej. Przed tym nie ma schronienia. Wiedziała o tym doskonale, wyniesienie się z Teksasu nie sprawiło, że jej przeszłość tam została. Przekręciła się na drugi bok. Jak  mogłaby zostawić Berkeley? Jedyne miejsce, w którym czuła, że to właśnie tu powinna być.
         Kiedy ostatnie łzy wyschły na policzkach, Lily poczuła się spokojniejsza, a kamień w sercu jakby choć trochę przestał ciążyć. To ułatwiło jej zaśnięcie.
         Wydawało jej się, że tylko na chwilę zamknęła oczy. Kiedy się obudziła, nie wiedziała jaka jest pora dnia, brak okien uniemożliwił jej nawet orientacyjne oszacowanie godziny. Podniosła ociężałą ręką komórkę i spojrzała na wyświetlacz.
         Była już dziesiąta! Dziewczyna wyskoczyła z łóżka jak poparzona. Świat zawirował i znowu leżała na pościeli. Głowa była tak ciężka, jakby ktoś podczas snu włożył jej kilka kamieni albo ołowianych kulek. A do tego bolała niemiłosiernie. Jej noc, całkiem zapchany, odmówił jakiegokolwiek wciągnięcia powietrza. Czyli miała katar, ból głowy i... cała zadygotała. I dreszcze.
         Stoczyła się z łóżka. Jest dziesiąta! Jej umysł dopiero teraz zinterpretował, w jak kiepskiej sytuacji się znajdował. Od dwóch godzin miała ćwiczenia! Cholera! Powinna się streszczać, ale nie mogła. Wiedziała, co było przyczyną. Choroba. W kuchni zmierzyła temperaturę. 38°C. Co oznaczało leżenie w łóżku i intensywne kurowanie się. Ale to całkowicie nie wchodziło w grę. Nigdy nie pozwoliła sobie na nieobecność na zajęciach. Ani deszcz, ani śnieg (co w słoneczniej Kalifornii było raczej rzadkością), ani tym bardziej jakiś mały katarek jej nie złamią!
         Dziewczyna wygrzebała z apteczki jakieś leki i pospiesznie je zażyła. Bez śniadania, we wziętych losowo z szafy ciuchach popędziła na przystanek. Jedyną zamierzoną częścią jej garderoby był gruby szalik. Przeczuła bowiem, że jej gardło też zaczęło szwankować.
         Do budynku wydziału wpadła jak szalona. Odetchnęła głęboko. Wykład rozpoczął się dopiero kilka minut temu. Profesor Leighton nie tolerowała żadnych spóźnień. Gdy Grey otworzyła drzwi, twarze wszystkich zwróciły się w jej kierunku. Pani profesor groźnie zmrużyła oczy, ale nic nie powiedziała. Wszak to było dopiero pierwsze spóźnienie panny doskonałej – jak to zwykła nazywać Lily.
         Wykłady z miedziorytu miały to do siebie, że zawsze walczono o miejsca w pierwszym rzędzie. Do tej pory blondynka zawsze tam siedziała. Dzisiaj wszystko było już zajęte oprócz dwóch marnych miejsc na samym końcu sali. Zrezygnowana postawiła torbę przy jednym z nich i zajęła miejsce. Kobieta, która z wyglądu przypominała ogromnego drapieżnego ptaka powróciła do omawiania przykładu przedstawionego na slajdzie. Studenci powrócili do notowania.
         Lily położyła przed sobą zeszyt, zapełniony prawie całkowicie drobnym pismem. Już go otworzyła, by notować, gdy zrozumiała, dlaczego pierwsze rzędy są tak oblegane. Brak dobrego nagłośnienia i zła akustyka pomieszczenia spowodowała, że do uszu artystki (i tak prawie całkowicie zatkanych) dochodziło tylko co dziesiąte słowo. Szum szepczących studentów tylko spotęgował ból głowy. Zrezygnowana zmarnowanym czasem na wykładzie zaczęła powtarzać notatki z poprzednich wykładów, by przygotować się na następne ćwiczenia.
         Nie zwróciła uwagi na to, że drzwi uchyliły się i do Sali wpadł nieźle spóźniony student. Rzucił plecak przy ostatnim wolnym krześle i sam na nie opadł. Zignorował ciche prychnięcie wykładowcy. Rozejrzał się po Sali, jakby znajdował się w kawiarni albo klubie, a nie na uniwersytecie. Gdy dostrzegł sąsiadkę po swojej lewej stronie wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu.
         Lily powstrzymała cichy jęk. Jakby tego było mało, to przez dwie godziny wykładu, będzie musiała znosić bliskość Ibsena.
         Jego osoba uświadomiła dziewczynie coś, o czym na śmierć zapomniała. Davey Havok! Mieli się dzisiaj spotkać! Omówić sprawy dotyczące obrazu. Zdała sobie sprawę, że nawet nie uzgodnili, o której i gdzie się spotkają! A dodatkowo nie była do tego spotkania wcale przygotowana. Nie może przyjść z pustymi rękami, musi mieć koncepcję na ten portret. To była jej działka. On miał tylko w miarę nieruchomo siedzieć. A Lily nie wymyśliła W JAKI SPOSÓB on ma nieruchomo siedzieć.
         Oceniła sytuację, całkowicie ignorując Ibsena. Siedząc tutaj i tak nie miała szans na zanotowanie czegokolwiek. Równie dobrze może narysować kilka szkiców.
         Odwróciła zeszyt na ostatnią stronę i próbowała sobie przypomnieć sylwetkę Havoka. Był smukły, ale też całkiem nieźle umięśniony. Niezbyt wysoki, niższy od Antona, który liczył sobie ponad sześć stóp. Narysowała kilka kresek, z godnie z tym, czego uczyła się na kursie rysunku. Rysowała całą postać, zachowując odpowiednie proporcje.
         To, że nie zajmowała się wykładem, zwróciło uwagę Ibsena. Pochylił się w jej stronę.
- Co tam robisz, Grey?
- Nie twój interes, Ibsen. – Lily natychmiast przewróciła kartki w notatniku
- Nieładnie, prymuska Grey nie ma żadnych notatek. – obdarzył ją jednym ze złośliwych uśmieszków.
-Ty też ich nie masz – dziewczyna ostentacyjnie odwróciła głowę.
W odpowiedzi chłopak złapał ją za udo. Próbowała strząchnąć jego dłoń, ale mocno zacisnął palce.
- Zabierz te łapy – syknęła.
- A co? To kolanko już jest dla kogoś zarezerwowane? Dla Collinsa? Nie wiem, czemu tak się wysilasz, jego przedmiot jest tak mało ważny! A może ty po prostu lecisz na podstarzałych facetów? Lubisz obwisłą skórę i łysinkę na głowie? Odpowiedz Grey!
Dziewczyna chwyciła go za palce i z wysiłkiem zsunęła jego dłoń. Nie lubiła czyjegoś dotyku, a zwłaszcza kogoś takiego jak Mark Ibsen. Miała ku temu powody.
On tylko na to czekał. Podsunął się jeszcze bliżej, prawie się na niej położył i zacisnął dłoń na drugim udzie. To zamieszanie nie zwróciło uwagi Camili Leighton. Reszta studentów dostatecznie dobrze ich zasłaniała.
- Szkoda, Grey, szkoda – wyszeptał. – Gdybym był w twoim typie, pokazałbym ci kilka... nazwijmy to sztuczek. Przy okazji... ty też zaprezentowałabyś mi swoje... umiejętności. Przecież czymś musisz zachęcać tych wykładowców, by dawali ci takie oceny. Bo na pewno nie swoim wyglądem, ty mała zdzirko.
Lily czuła, że gotuje  się w środku i nie miało to nic wspólnego z gorączką. Bezczelny wyraz twarzy jej przeciwnika tylko potęgował chęć wgryzienia mu się w gardło. Gdyby byli sam na sam, dziewczyna poważnie rozważyłaby taką możliwość. Zamiast tego postanowiła zagrać w tę jego głupią gierkę. I odpłaci mu się z nawiązką, bo nikt nie ma prawa o niej mówić w ten sposób. Nigdy więcej!
- No cóż, Mark – w ustach poczuła dziwny niesmak. Pierwszy raz w życiu wymówiła jego imię na głos. – Dla ciebie zrobię wyjątek – Grey miała nadzieję, że dobrze naśladuje jeden z figlarnych uśmieszków Joanny. Choć tak naprawdę chciało jej się wymiotować. – Co ty na  to, bym ci pokazała jedną fajną, nazwijmy to sztuczkę, tu i teraz? – mówiąc to, powoli zsunęła długopis z ławki. Chłopak patrzył na nią z mieszaniną zaciekawienia i triumfu. – Tylko proszę nie bądź zbyt głośno, bo byś nas zdradził. – dodała unosząc brew.
Ku przerażeniu Lily, Ibsen nachylił się, by musnąć jej usta swoimi. Wtedy bez namysłu, ale z całą skumulowaną wściekłością wbiła mu długopis w wierzch dłoni spoczywającej na jej udzie.
Przez salę przetoczył się wrzask Ibsena. Chłopak ze łzami w oczach ściskał zranioną rękę.
- Ty dziwko! – wycedził przez zaciskane z bólu zęby.
- Prosiłam przecież, byś nie był zbyt głośno.  – Lily patrzyła na niego spod przymkniętych powiek.
- Panie Ibsen, czy to kolejny przezabawny żart? – pani profesor patrzyła na niego ciskając błyskawice.
- Nie, pani profesor.
- Pewnie nawet nie wiesz, o czym przed chwilą mówiłam. Wszyscy oprócz CIEBIE przynieśli na wczoraj albumy ze swoimi pracami. Jeżeli mi ich na jutro nie dostarczysz, będziesz miał niezaliczony materiał. A teraz bądź tak łaskaw i nie przeszkadzaj mi.
- Ale...
- CISZA!
Mark zamilkł z naburmuszoną miną. Odwrócił się do Lily plecami. A ona tylko na to czekała. W końcu, całkowicie od niego uwolniona, zajęła się kontynuowaniem szkiców.
Narysowała kilka pozycji i choć nie była z nich do końca zadowolona, to było to lepsze niż nic. Nie chciała wyjść przed Havokiem na studentkę, która ma lekceważący stosunek do swojego modela. Mógłby wtedy odczuć, że nie traktuje go poważnie, a portret zrobi na odwal.
Po wykładnie, z którego nie dowiedziała się nic, wyszła z budynku. Miała pół godziny przerwy przed ćwiczeniami z malarstwa, które odbywały się w galerii w Zachodnim Berkeley. Także całą przerwę trzeba było przeznaczyć na dotarcie na miejsce.
Zobaczyła zbliżającego się ku niej Ibsena. Pewnie chciał wyrównać rachunki.
Ale zanim chłopak dotarł do Grey, pierwsza zrobiła to Meg Stuart. Odłączyła się od swojej grupki dziewczyn glamour, podeszła bez słowa przywitania i rozpoczęła rozmowę, biorąc Lily pod ramię. Malarka natychmiast się spięła. Co było z tymi ludźmi, że bez przerwy chcieli się dotykać?
- Długo jeszcze byliście wczoraj? – uśmiechnęła się przymilnie.
- Do drugiej.
- Ach. Mam do ciebie sprawę, mogłabyś mi załatwić od Joanny zdjęcia z wczoraj?
Jakie zdjęcia? Lily wcale nie pamiętała, by ktokolwiek robił jakiś zdjęcia. A może była zbyt pijana, by to zauważyć. Przestraszyła się. Tylko tego brakowało! Jak te fotki trafią w niepowołane ręce? Lily nawet nie chciała wiedzieć, co przedstawiają fotografie, a co dopiero myśleć, że ktoś je może rozprowadzić.
- Załatw tę sprawę z Joanną. – powiedziała, przełykając ogromną gulę w gardle, która się tam zagnieździła na samo wspomnienie o Joannie. A może to tylko objaw zapalenia gardła?
- No wiesz, ja z nią... poczekaj! Pokłóciłyście się?
Grey miała nadzieję zbyć ją milczeniem. Może Meg nie była taka zła, jak jej się wcześniej wydawało, ale nie będzie się jej od razu zwierzać. Stuarts na siłę drążyła temat, żeby jak najwięcej się dowiedzieć. Zobaczyła, że to nie skutkuje. Zmieniła taktykę.
- Ja cię doskonale rozumiem. Sama jakiś czas temu straciłam najlepszą przyjaciółkę. Wiesz, Rose. Nie spodziewałam się, że ona może być taką zdzirą. Rozpowiada o mnie okropne plotki. Co roku urządzamy razem imprezę walentynkową, a w tym roku zrobiła ją sama, w ogóle mnie o tym nie powiadamiając. A co dopiero zaprosić mnie na nią. Jestem strasznie rozczarowana. Wydaje mi się, że to wszystko przez Marie Wood. Boże, widziałaś jak ona wygląda? Przydałoby jej się zrzucić parę kilo. Albo paredziesiąt! – Meg parsknęła, zadowolona ze swojego dowcipu.
Malarka poczuła, że z każdą chwilą traci sympatię do Stuarts. Jeszcze wczoraj Meg tańczyła i wygłupiała się z Marie, a teraz śmieje się z jej nadwagi. Dziewczyna była tak fałszywa, jak Lily podejrzewała
Jej strategia obgadywania i zrzucania winy na innych, by zaskarbić sobie zaufanie Grey, okazała się nie skuteczna. Stuarts jednak się nie poddawała.
- Zauważyłam, że nie lubisz się z Markiem Ibsenem.
„Trudno nie zauważyć” pomyślała ponuro Lily. Od pierwszego roku prześladował ją wyśmiewając się z jej braków w wykształceniu. Teraz, kiedy nie mógł już jej zarzucić niewiedzy, sugerował, że sypia z wykładowcami.
- Nie przepadamy za sobą.
- On jest jakiś dziwny – Meg nie przeszkadzało obsmarować go, mimo że jeszcze jakiś czas temu coś ich łączyło. – Wydaje mi się, że nie przepuści żadnej dziewczynie. Skacze z kwiatka na kwiatek. Ostatnio odbił dziewczynę jednemu ze swoich kumpli. Jesteś chyba jedyną, której Mark nie chce przelecieć.
- Pocieszające. – Malarka nie była pewna, czy to zniewaga czy wyróżnienie. Niemniej nie czuła się gorzej wiedząc, że Ibsen nie jest nią zainteresowany. Ona nie tknęłaby go, nawet gdyby był ostatnim mężczyzną na świecie.
____________________________________________________
Bardzo długo mnie tu nie było, co zresztą nie jest żadną nowością. Kompletnie daję dupy z pisaniem tego opowiadania. Dlatego bez przerwy zastanawiam się, czy jest sens to ciągnąć. Ale z drugiej strony tak głupio mi jest to kończyć, kiedy tak naprawdę wcale to się jeszcze nie zaczęło. Pożyjemy zobaczymy, jak to będzie.
Na razie czeka mnie przeprowadzka.

wtorek, 9 kwietnia 2013

13


        Przed drugą w nocy studentka fotografii chwyciła przyjaciółkę i wydukała:
- Niedobrze mi.
         Lily podniosła towarzyszkę i odprowadziła ją do łazienki, wspólnej dla obu płci. Przeczuwając, że Joanna będzie wymiotować, pochyliła ją nad umywalką. Po chwili całe pomieszczenie wypełniły odgłosy zwracania zawartości żołądka. Niewiele później Joanna wyprostowała się.
- Już? Mam nadzieję, że nie będziesz więcej pić. – Lily spojrzała krytycznie na przyjaciółkę.
- Na dziś wyst... – Joanna nie zdążyła nawet dokończyć, gdy kolejna treść powędrowała jej pod gardło i porcja śmierdzących kwasem solnym wymiocin chlusnęła wprost na Lily.
- Jezu Chryste! Joanna! – malarka krzyknęła histerycznie. Odsunęła dochodzącą do siebie Thomson  i przysunęła się do jednej z umywalek, by zmyć z siebie tę wątpliwą ozdobę.
-Wieeesz? Jesteś słodka...
- Tak, jak cukiereczek. – odparła Lily stojąc do Joanny tyłem i wycierając sukienkę.
- Nigdy bym cię nie podejrzewała o coś takiego. – głos brunetki stawał się coraz bardziej figlarny.
- O co?
- No wieeeesz...
- No nie, nie wiem!
- Nie ma się czego wstydzić! – Joanna dotknęła Grey całkowicie nie w taki sposób, jaki powinna.
- Dajże już spokój z tymi wygłupami! – blondynka była już zbulwersowana.
         Przestała czyścić swoją garderobę i stanęła twarzą w twarz z przyjaciółką. Ta przyciągnęła ją do siebie i przycisnęła usta do warg Lily. Malarka chciała odskoczyć jak od ognia, ale Joanna była silniejsza. Trzymała ją mocno i całowała coraz natarczywiej.
- Odsuń się ode mnie! Co ty wyprawiasz?
- Sama mi to zasugerowałaś. Sposób, w jaki bujasz biodrami w jeansach...
- To tylko głupie słowa piosenki! Myślisz, że to było o tobie?
- Lily, pozwól, że cię zaspokoję... – Joanna zrobiła krok w jej stronę. Lily wcisnęła się w lukę między umywalkami; nie miała żadnej drogi ucieczki.
         Thomson przycisnęła ją do ściany, a wolną ręką sięgnęła pod sukienkę Grey, do jej rajstop. Malarka szarpała się i wiła, ale nie miała żadnych szans z wyższą o pół głowy i silniejszą czarnowłosą. Powoli osunęła się na podłogę.Przerażona nie zauważyła, że po policzkach ściekały jej łzy. Zaciskała ramiona wokół klatki piersiowej, gdy Joanna zsuwała z jej nóg rajstopy. Lily zrobiło się niedobrze. Chciała krzyczeć, ale głos zamarł jej w krtani. Osunęła się na podłogę, kuląc i ściskając jak najmocniej uda. Cichy szloch przerodził się najpierw w jęk, a potem w histeryczny krzyk.
- Joanna zostaw mnie! Słyszysz?! Nie dotykaj! Pomocy!!!
         Jej krzyki zostały zagłuszone muzyką. To koniec, pomyślała. Prawie dusiła się, czując na swoim ciele dotyk Thomson. Obraz przed jej oczami rozmazywał się, a w głowie na przemian huczało i wyło. Joanna złożyła na jej ustach jeszcze jeden śmierdzący pocałunek.
         Wtedy drzwi się otworzyły. Lily nie widziała, kim był jej wybawiciel. Odciągnął studentkę fotografii i podniósł na równe nogi. Grey rozpaczliwymi szarpnięciami poprawiła sukienkę i rajstopy. Dalej pochlipując wciskała głowę między ramiona i pragnęła pozostać w takiej pozycji już do końca świata. Tymczasem czarnowłosa szarpała się jak tylko mogła. Na szczęście nie wyrwała się z uścisku wybawcy. Rzucała w stronę nieznajomego obelgi i przekleństwa. Nagle ucichła.
         Lily niepewnie uniosła wzrok i zaraz tego pożałowała. Była świadkiem sceny totalnie żenującej. A mianowicie widziała, jak Joanna wymiotuje na (z pewnością drogie) spodnie Davey’ego Havoka, który to trzymał ją za nadgarstki. W tej sytuacji świat się skończył, a malarka pragnęła tylko zniknąć. Od dawna nie doznała takiego upokorzenia. Całą ją wypełniało obrzydzenie do samej siebie i do Thomson. Gdyby nie Havok z pewnością doszłoby do nieszczęścia. A skutków tego wydarzenia Lily nawet nie chciała sobie wyobrażać.
         Lecz na szczęście, a może i nieszczęście David zjawił się i ją uratował. Tylko czemu musiała go spotykać w sytuacjach, gdy jedyne, co pragnęła, to zapaść się pod ziemię.
         Drzwi pojawiły się ponownie, ukazał się w nich Anton. Oniemiały, patrzył na tę niecodzienną scenę. Dostrzegł Lily wciskającą się w ścianę pod umywalką i przyklęknął przy niej, próbując ją objąć. Dopiero wtedy Grey poczuła, jak bardzo drży.
         Joanna zaczęła się uspokajać. Z wyrazu jej twarzy można było odczytać, że powoli do niej docierało, co zrobiła. Havok korzystając z okazji, że wszyscy są zajęci czymś innym, a uwaga nie skupia się na nim, ulotnił się bez słowa.
- Lily... – Joanna cicho zaczęła ze skruszoną miną.
- Nawet... Nawet nic nie mów.. – Grey szepnęła, podnosząc się z płytek. Cała łazienka wyglądała jak po przemarszu wojsk-
- Masz – Anton w tym czasie rzucił w stronę Joanny papier toaletowy. – Bo wyglądasz jak świnia. Lil...? – odwrócił się zaskoczony, widząc, że malarka miała chęć wyjść po angielsku. – Daj spokój, przecież cię odprowadzę.
- Nie chcę z nikim rozmawiać. Ani na nikogo patrzeć. – powiedziała, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Jedyne czego chciała, to uciec z tego przeklętego miejsca jak najszybciej.
         Przemknęła szybko przez klub, nie żegnając się z nikim. Przy wyjściu zatrzymała się. Powinna podziękować Havokowi za ratunek i przeprosić za Joannę? Czy może lepiej by było, gdyby raz na zawsze zniknęła mu z oczu? Nie zauważyła go w klubie. Czyżby już opuścił to felerne miejsce? Nie dziwiła mu się wcale. Sama chciała zrobić to samo.
         Zapomniała tylko o jednej rzeczy. Był środek nocy. Ulica, choć pusta, nie zachęcała do spacerów. Usłyszała za sobą szelest i kroki. Zrobiło jej się duszno, choć na dworze panował lekki chłód. Miała trudności z oddychaniem, a całe ciało spięło się, tylko czekając, z której strony padnie atak. Serce waliło jej jak szalone i prawie słyszała słowa przerywające ciszę: „Marty, spójrz, jakaś malutka dziewczynka wraca do domku całkiem samiutka. I chyba się zgubiła. Może odprowadzimy ją, za małą, maleńką przysługę?” W uszach dźwięczał jej ohydny, obleśny śmiech. Nogi trzęsły się jak osika na wietrze, a oczy ponownie nabiegły łzami.
- Przepraszam, czy coś się stało? – męski głos, całkiem inny od głosu towarzysza Marty’ego, wyrwał ją z omamów. Spojrzała za siebie. To znowu on. Davey Havok. Czy on się na nią uwziął?
- Po prostu zrobiło mi się trochę słabo – Lily zacisnęła usta. – Ja... – urwała. – chciałam podziękować i... i przeprosić. To było...
- To było nic takiego. Każdy by tak zareagował.
- Dziękuję. – zamilkła. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Najchętniej puściłaby się biegiem i uciegła. Gdyby nie fakt, że jest tak strasznie...
- Wraca pani do domu? – mężczyzna przerwał ciszę.
- Tak.
- Sama? Odprowadzę panią.
- Dziękuję – zazgrzytała zębami. Trzeci raz w ciągu minuty odpowiedziała „dziękuję”. Czuła się jak jakaś niepełnosprawna umyłsowo, którą nie stać na wyduszenie z sibie wiecej słów. – Wystarczająco się pan dla mnie nadwyrężał.
- Nalegam. To żaden kłopot. Ulice nie są zbyt bezpieczne. Nawet jeśli to tylko Berkeley.
- Coś o tym wiem. – Lily przygryzła policzek. W każdej innej sytuacji byłaby zachwycona takim „ochroniarzem”, ale teraz zdawało się, że to tylko utrudniało całą sprawę.
- Poza tym – uśmiechnął się – Jaki sens miałoby ratowanie pani, skoro teraz padłaby pani ofiarą jakichś wątpliwych indywiduów? – uniósł brwi i czekał, że Lily wskaże mu drogę, którędy ma iść.
         Dziewczyna, nie wiedząc, co odpowiedzieć, ruszyła wzdłuż 7th Street. Usłyszała kroki Havoka. Nie chodziło o to, że się jakoś panicznie stresowała, bo przecież nigdy się w nim nie podkochiwała czy coś. Ale spotykając swojego ulubionego wokalistę pragnie się zrobić jak najlepsze wrażenie. A Lily nie dość, że pierwsze wrażenie miała złe, to kolejne były jeszcze gorsze. Dlatego tym bardziej dziwiło ją zachowanie Davey’ego. Mimo tych wszystkich żałosnych zdarzeń i sytuacji zagadał do niej i zaproponował odprowadzenie. Czyżby wraz ze zmianą image’u zamienił się w gentlemana? A może czegoś od niej chciał? To było co najmniej dziwne. Spojrzała na niego, gdy już się z nią zrównał.
- Pani przyjaciółka... – David popatrzył na nią badawczo. – Jest bardzo... WYLEWNA.
         Grey cicho parsknęła pod nosem. Nawet w tak absurdalnej i opłakanej sytuacji nie mogła powstrzymać śmiechu. A może właśnie dlatego? Nic innego poza śmiechem jej już nie zostało. Przez dwuznaczność sensu wypowiedzi Lily nie była do końca pewna, czy chodziło mu o wymioty, czy też o nachalne okazywanie względów?  A może o oba?
- Tak, nie da się ukryć.
         7th St wydawała się być całkowicie opuszczona. W oknach nie paliły się żadne światła, nawet psy nie szczekały, jakby nie chciały przerywać ciszy. Tylko z oddali dochodził szum pojedynczych samochodów sunących University Ave. Na skrzyżowaniu z Delaware Street pojawił się pojazd.
         Ku przerażeniu Lily, wóz zatrzymał się niedaleko nich. Dziewczyna usłyszała podniesione, bełkotliwe głosy kilku mężczyzn. Tętno zaraz przyspieszyło.
- Ej Mark, widzisz? Ta dupa wygląda prawie jak ta suka Grey!
- Gdzie? – tylna szyba powoli się opuściła i malarka ujrzała w świetle latarni twarz Ibsena. Po plecach przebiegł jej dreszcz. – Curt, nie pieprz! Tamta szmaciara? W towarzystwie faceta? Na szpilkach? W sukience? O drugiej w nocy poza domem? Aleś mnie rozśmieszył. Weź nie pierdol i jedź!
         Ledwie jego twarz zniknęła za przyciemnianą szybą, samochód ruszył z piskiem. Lily jęknęła. Od jakiegoś czasu życie nie dostarczało jej zbyt wielu wrażeń. Dzisiejszej nocy nagle sobie o tym przypomniało i postanowiło z nawiązką nadrobić zaległości. Wyzwiska Ibsena sprawiły, że blondynka poczuła się zmieszana z błotem. Ta pogarda w jego głosie, jakby była kimś gorszym, jakimś podczłowiekiem, tylko dlatego, że nie ulegała modzie na rozwiązły i bezmyślny tryb życia. Nie jestem przecież jakimś brudasem, pomyślała, by chwilę później zwiesić ramiona. Chodząc w obrzyganej sukience raczej trudno jest deklarować, że nie jest się brudasem. Nie! Nie! Nie! Jestem wartościową kobietą, sto razy lepszą od nich! Otrząsnęła się z ponurych myśli.
         Havok omylnie zinterpretował jej drżenie. Ściągnął marynarkę i podał ją dziewczynie.
- Co za nietakt! Proszę mi wybaczyć. – wyszczerzył się.
- Ależ co pan? Ja jestem cała... – spojrzała na swoją sukienkę.
- No cóż, ja też – wpadł jej w słowo. – Jeśli się pani rozchoruje, to nie wybaczę sobie tego. I pani też.
- Czyli nie mam wyjścia? – Lily wciągnęła na siebie okrycie. Rozkosznie pachnące i przyjemnie rozgrzane. Grey powstrzymała się od maślanego uśmiechu.
- To miasto schodzi na psy – David wskazał brodą kierunek, w którym odjechał samochód z kumplami Ibsena. – A wydawać by się mogło, że w uniwersyteckim mieście panuje choć minimalna kultura.
- W ich przypadku nawet czegoś takiego nie da się wymagać. – Lily przewróciła oczami. Sama była tym zszokowana na pierwszym roku. Środowisko studentów kierunków artystycznych bardzo ją rozczarowała. Oczekiwała bardziej „uduchowionych” ludzi. A dostała bandę bananowych dzieci.
- Czyli zna ich pani?
- Niestety. Jeden z nich ze mną studiuje.
- Czyli pani studiuje. Jaki kierunek?
- Malarstwo i grafikę.
- I podobają się pani studia?
- Bardzo.
         Davey pokiwał głową w zamyśleniu. Była ciekawa nad czym się zastanawiał, kiedy nagle odwrócił głowę i spojrzał na nią, lekko unosząc brwi.
- Właśnie zdałem sobie sprawę, że podkradłem pani piosenkę w klubie. Nie ma pani nic przeciwko?
- Kto jak kto, ale pan ma do niej chyba największe prawa. – Grey uśmiechnęła się niepewnie, a on parsknął.
- Rzeczywiście.
- A pan?
- Co ja?
- Co pan robi w Berkeley? – chwilę po zadaniu pytania dziewczyna ugryzła się w język. Przecież to jego prywatna sprawa! Co jej do tego?
- Szukam inspiracji.
- Z jakim skutkiem? – starała się, by jej głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Przecież to tylko niewinne, niezobowiązujące pytanie.
- Z opłakanym – mężczyzna machnął ręką ze zrezygnowaniem. – Marnuję czas na szwędanie się i odwiedzanie po kolei knajp w tym mieście. Coś tam zapiszę, ale to aż wstyd, żeby komukolwiek pokazywać.
         Lily nim się obejrzała, szli już Camelie St. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków i dom jej ciotki na Kains Ave. Z jednej strony już chciała się wykąpać i pójść spać, z drugiej, mimo że nie była zapewne porywającym rozmówcą, z chęcią porozmawiałaby z Davidem dłużej. Gdyby tylko nie ograniczały ich te życzliwości i zwroty „pan – pani”.
- Mogę zadać pani niedyskretne pytanie?
________________________________________________
Trzynastka zdaje się być pechowa dla Lily. ;)
No i tak jak mówiłam, długo mnie nie było. Ale to i tak nie koniec studiowanego wariactwa. Wręcz początek. Od jutra po prostu będzie masakra. Jeżeli nie umrę w przyszłym tygodniu, to już w ogóle będzie cud. ;) I na dodatek postanowiłam sobie zmienić nawyki żywieniowe i zacząć ćwiczyć. 
Czekam na komentarze, bo mam nadzieję, że takiego zwrotu akcji się nie spodziewaliście ;P

sobota, 16 marca 2013

12


Wyrazem tego, że Joanna odwaliła kawał dobrej roboty, była mina Antona, gdy zobaczył obydwie przed klubem. Przez dłuższa chwilę miał otwarte usta i nie mógł wykrztusić ani słowa.
         Swoją drogą wystrojony w dopasowane jeansy i koszulkę z krzykliwym napisem Anton prezentował się także całkiem nieźle prezentował. Przez to, że ciągle widywała go w roboczym uniformie, Lily całkiem zapomniała, jak jej przyjaciel wyglądał po pracy.
- Chodź tu, jubilatko. – Zaśmiał się i wyciągnął ręce w jej kierunku. Po czym parsknął – Chciałem cię wyściskać, ale boję się, że zepsuję twój imidż. To co, wchodzimy?
         W lokalu nie było zbyt wielu gości. Sam klub wyglądał inaczej niż wyobrażała to sobie Lily. Miała nadzieję, że będzie podzielony na kilka mniejszych boksów, w których stałby sprzęt do karaoke. Grupki znajomych śpiewałyby w swoim towarzystwie. Tymczasem była tylko jedna podwyższona scena, na której stały mikrofony, a na podłodze ciągnęły się kable. Na ścianie obok wisiał ekran, na którym wyświetlano napisy. Po przeciwnej stronie klubu znajdował się bar. Bezpośrednio pod sceną wyodrębniono przestrzeń do tańca. W reszcie lokalu rozstawiono brązowe, skórzane kanapy. Ogólnie w całym klubie panowały odcienie brązu i zieleni.
         Trójka znajomych usiadła na jednym z mebli, przy niskim stoliku. Joanna, widząc niepewną minę przyjaciółki, pochyliła się w jej stronę.
- Zastanawiam się – Odezwała się Lily, zanim Jo powiedziała cokolwiek. – na czym polega śpiewanie tutaj. Skoro jest tylko jeden sprzęt do karaoke.
- Dlatego jest tu tak fajnie. Wszystko odbywa się tutaj na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy. Każdego dnia jest inny zestaw piosenek, są puszczane losowo i jeśli jakąś znasz albo jeśli po prostu masz ochotę śpiewać, to po prostu podchodzisz i robisz show. Niekiedy trzeba lecieć naprawdę szybko, by zaśpiewać coś fajnego. Chcecie coś do picia?
-Piwo.
- Wodę. – Odparła Lily.
- Chyba chciałaś powiedzieć wódę. Czyli dwa drinki i piwo.
         Joanna złożyła zamówienie i wróciła do stolika.
-Trochę tu drętwo, ale to tylko kwestia czasu. – Studentka fotografii rozejrzała się po klubie.
         Gdy przyniesiono drinki, Lily chwyciła swój z lekką dozą niepewności. Przyczyna była prosta, Grey piła bardzo rzadko, prawie nigdy. A jeśli już do tego doszło, to zdarzyło jej się to wieki temu. Wahała się chwilę, patrząc na mleczne zabarwienie zawartości kieliszka. Po chwili jednak mruknęła pod nosem: a co mi tam. Była przecież pełnoletnia i w dodatku chciała się zabawić.
- To za naszą Lily! – Zawołał Anton, unosząc kufel z piwem. – Za naszą artystkę. – Z ukontentowaniem upiła kilka łyków złotego płynu.
         Malarka, naśladując Joannę wychyliła całego drinka. Napój pachniał kokosami i tak właśnie smakował. Posmak alkoholu nie był wyczuwalny na początku. Dopiero po chwili Grey poczuła pieczenie w gardle i przełyku. Lekko nią wstrząsnęło, ale nie odczuła większych zmian.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy! – Dziewczyna usłyszała znajomy głos.
         W drzwiach, na czele grupki ludzi, stała Marie Woods. Zaraz za nią był Michael – przypominający pociesznego miśka chłopak, Rose – wróg Joanny z urodą Keiry Knightley, Meg – dziewczyna z roku Lily, z rozczochranymi ciemno blond lokami. Reszty osób Lily nie znała.
- Trochę tu za cicho. – Skrzywiła się Rose. Nie wyglądała na zadowoloną.
- Właśnie miałam rozkręcać imprezę. – Joanna wstała i zawołała. – Panie DJ, proszę o jakiś wyczesany kawałek!
         Z głośników popłynęły pierwsze nuty piosenki, ale zanim Joanna weszła na scenę, Marie już trzymała pewnie mikrofon. Nic dziwnego. Leciała przecież piosenka Green Day – Basket Case.
         Reszta jej towarzystwa zajęła miejsca na innych kanapach, a Meg zamówiła drinki. Marie momentami fałszowała niemiłosiernie, ale wydawało się, że nic i nikt nie odbierze jej frajdy ze śpiewania.
         Po godzinie, gdy stężenie alkoholu w żyłach wszystkich stanowczo przekroczyło dopuszczalną normę, impreza wrzała aż miło. Kilku nieznajomych postawiło Joannie drinki. Zachęcił ich do tego, zmysłowy taniec Thomson.
         Lily, która znała większość puszczanych do tej pory piosenek, nabrała pewności siebie. Przysiadła się razem z Antonem do stolika Marie i prowadziła dyskusję z jej znajomymi. Ze zgrozą stwierdziła, że niesprawiedliwie oceniła tych ludzi. Meg, na przykład, którą uważała za przedstawicielkę Beverlyhillowiczek okazała się całkiem w porządku. Dodatkowo odkryła, że Stuarts parokrotnie spoglądała w kierunku Antona. Czyżby wpadł jej w oko?
         Po kolejnej godzinie klub bawił się w jednym tempie. Lily jeszcze nigdy nie poznała jednego wieczoru tylu osób. Tańczyła z różnymi facetami, nie wiedząc nawet, jak się nazywają. Świat wirował dosłownie i w przenośni. Zarumieniona od tańca. Grey wychylała kolejne drinki, wznosząc kolejne toasty.
         Joanna królowała zarówno na parkiecie jak i na scenie. Lily zauważyła, że jej przyjaciółka miała najczystszy i najsilniejszy głos ze wszystkich, którzy już śpiewali.
         Po brawurowym wykonaniu piosenki AC/DC, Thomson wyciągnęła artystkę na scenę. Z tej perspektywy klub wyglądał całkiem inaczej. Wszystkie oblicza były zwrócone w jej stronę. Gdyby nie szumiący w głowie alkohol, pewnie spanikowałaby i uciekła z podestu. Lecz kiedy usłyszała pierwsze dźwięki piosenki i na ekranie ujrzała wyświetlane wersy, cały lęk z niej spłynął. Podczas przygrywki pewnie kiwała głową w rytm muzyki. Chwyciła za mikrofon i nie spoglądając na tekst zaczęła śpiewać.
- Chcę być w pełni jak ty, twój swobodny, pełen wdzięku wygląd, który sączy się z każdego twojego pora. Na nic tu logika. Chcę się z tobą wykąpać i zmazać chaos z mojej skóry.
         Tłum dygał w spokojny rytm piosenki Placebo „I do”. Głośna muzyka spowodowała, że nikt nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Jedynie Lily, która stała wyżej i miała na nie doskonały widok, mogła zauważyć, kto właśnie wszedł do klubu.
         Los ponownie zadrwił z niej, do w progu ukazał się nie kto inny, tylko Davey Havok. Ten sam, którego miała nadzieję już nigdy więcej nie spotkać. Jednakże w tym momencie, gdy drinki robiły wodę z jej mózgu, Lily wcale się tym nie przejmowała. Kiedy pochwycił jej spojrzenie, uśmiechnęła się i kontynuowała zwrotkę:
- Chcę się w tobie zakochać. Zatem, jak zaczniemy?
         Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się i delikatnie uniósł jedną brew. Zupełnie jakby rozważał propozycję zawartą w ostatnim wersie. W przerwie między strofami Lily oblizała usta i wyszczerzyła zęby.
- Chcę być dziewczyną taką jak ty. Sposób, w jaki bujasz biodrami w jeansach. Chcę nakładać makijaż jak ty, Shiseido, MAC i Maybelline. Chcę z tobą namalować miasto i łaskotać się aż zaczniesz krzyczeć. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”.
         Tekst był banalny i całkowicie nie pasował do głębokich i tragicznych rozważań typowych dla Placebo. I choć Lily szczególnie za nim nie przepadała, to stojąc na scenie, wkładała całe serce w ta piosenkę i czuła ją całą sobą.
- Chcę być w pełni jak ty. To, jak się uśmiechasz rozjaśnia pokój. Wycofam się, kiedy faceci będą z tobą flirtować, pozostanę odporna na zazdrość. Ta pewność we mnie i w tobie. Ta nadzieja, że razem zakwitniemy. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”. Pytanie, czy ty też?
         Wraz z momentem końca piosenki, Lily poczuła jakby wybudziła się z jakiegoś transu. Zamrugała parokrotnie i wreszcie dostrzegła parkiet pełen ludzi, którzy wiwatowali i skandowali jej imię. Chwiejnym krokiem zeszła z podestu.
- To było niesamowite! – Wykrzyknęła Marie, chwytając dziewczynę za ramiona i potrząsając nią.
- Choć czasem było nieczysto. – Joanna nie była tak rozentuzjazmowana jak reszta. Woods odepchnęła ją z lekceważeniem i zaprowadziła Grey do swoich znajomych.
- Nie wiedziałam, że słuchasz Placebo? – Zaraz zagadnęła ją Meg.
- Zdarza mi się. – Lily opadała na kanapę. – Raz nawet pomalowałam się jak Brian. – Zaśmiała się głośno. – Pierwszy i ostatni raz.
- Dlaczego?
- Jak moja matka mnie zobaczyła, to odeszły jej wody i zaczęła przedwcześnie rodzić. – Grey rechotała się jak dzika, waląc pięścią w kanapę.
         Ludzie nie wiedzieli, jak zareagować na ten wyraźny przejaw upojenia alkoholowego Lily, a tymczasem mikrofon ponownie okupowała Joanna. Dała pokaz wszystkich swoich możliwości wokalnych śpiewając piosenkę Queen. Można było odnieść wrażenie, że chciała pokazać, że wykonanie Lily to tylko małe piwko w porównaniu z jej wykonem. Nie uszło to uwadze Antona.
- Dlaczego ona zawsze musi być skupiona tylko na sobie? Nie może znieść, że choć raz przyciągasz więcej uwagi niż ona? Szczerze, jej czysty śpiew może jest imponujący, ale w twoim wykonaniu piosenka po prostu miała duszę. Czuło się ją. Dosłownie chciało się zakochać. I udzieliło się to wszystkim. Było magiczne.
- Anti, może podaruj sobie na razie kolejkę, co? – Lily klepnęła go w ramię. Doskonale widziała zachowanie Joanny, ale bezsensowne byłoby roztrząsanie tego i prowadzenie wojny na piosenki.
- Wypij z nami! – Stuarts objęła ramieniem szyję dziewczyny. Malarka odniosła wrażenie, że Meg usilnie stara się pokazać, jak świetnie się bawi, zrobić na złość swojej byłej przyjaciółce, która siedziała, wciśnięta w róg kanapy.
- Chyba mi już wystarczy.
- Z nami nie wypijesz? – Krzyknął kompletnie pijany Michael.
- Za Placebo nie wypijesz? – Wtórowała mu Marie.
- Ok, ok. Ostatni raz. – Lily pochwyciła podany jej kieliszek.
         Po opróżnieniu naczynia artystka zanotowała, że to była jej absolutna granica wytrzymałości alkoholowej. Świat nie tylko wirował, ale także rozmazywał się i pulsował. Dlatego zaprzestała pogowania pod sceną i zagłębiła się w konwersację z Antonem, Marie i Meg.
         Około północy, gdy właśnie wrzała dyskusja nad sensem powstawania kolejnej części „Piratów z Karaibów”, do uszu Lily doleciały znajome dźwięki. Znaczy intuicyjnie, wewnątrz poczuła, że to jest to, zanim umysł zinterpretował sygnał. A był to kawałek AFI – „Medicate”. Wymieniła sugestywne spojrzenie z Marie, po czym w tej samej chwili co ona podniosła się z kanapy.
- Ja to śpiewam!
- Nie! Ty miałaś Placków!
- Ale dziś są moje urodziny! – Przekomarzały się radośnie, przytrzymując jedna drugą, by być od niej szybsza.
- A wiesz ile mnie to obchodzi! – Marie odwróciła głowę i wyszczerzyła się. Była kilka metrów przed Lily. Lecz gdy dotarła do tłumku otaczającego scenę, stanęła jak wryta. Grey miała nadzieję, że okularnica jednak postanowiła jej ustąpić i pozwolić zaśpiewać „Medicate”.
         Kiedy stanęła obok niej, zrozumiała, jak bardzo się myliła. Przy mikrofonie stał już ktoś inny. Ktoś, o kim Lily zupełnie zapomniała przez ten czas. Tak, to Davey Havok przygotowywał się, by zaśpiewać własną piosenkę. Dziewczynę totalnie zamurowało. Była pewna, że to nie dzieje się naprawdę. Dopiero charakterystyczne dla piosenek Davey’ego „Och” pozbawiło ją złudzeń. Żywy, wystrojony w ciemną dopasowaną koszulę Havok stał przed nią zupełnie jak podczas koncertu.
         Marie wcześniej wybudziła się z transu. Klepnęła Lily mocno w plecy i zaczęła tańczyć. Malarka zaraz do niej dołączyła. Razem z Davidem śpiewały kolejne wersy. Havok także czuł się jak ryba w wodzie. Podrygiwał i wczuwał się w tekst.
- Teraz, gdy gubimy się w tym i ignorujemy, że nawet nie znasz mojego imienia....
- Oj znasz, znasz! – Marie krzyknęła do ucha Lily.
- Nigdy nie byłaś moja, więc byłaś idealna... – Przez ułamek sekundy Davey obdarzył Lily jednym ze swoich, powodujących galaretowatość nóg spojrzeń. Może to tylko złudzenie, lecz jej wydawało się, że była to odpowiedź na jej wcześniej rzuconą propozycję.
- Kocham te jego oczyska! – Marie popiskiwała jak stuprocentowa groupie.
         Po wykonaniu piosenki Davey, jak gdyby nigdy nic, zszedł ze sceny i wmieszał się w tłum. Pijane towarzystwo było tak znieczulone, że nawet nie zanotowało obecności wśród nich takiej gwiazdy. A może po prostu go nie kojarzyli.
         Tak właśnie zachowywała się Joanna, która była już tak pijana, że bełkotała niezrozumiale.
- Tsałkem nieźle śpiewał ten fatset. Ale skąt on się wziął? S choinki się urwał tszy so?
- Jo, na dziś wystarczy. Zdecydowanie.
         Podczas gdy Lily użerała się z przyjaciółką, grupka Marii zbierała się do wyjścia. Wszyscy, poza Rose, która przez cały wieczór siedziała naburmuszona, pożegnali się z trójką przyjaciół. Lily i Anton zaczęli trzeźwieć, a Joanna, nie bacząc na prośby i groźby Grey, wlewała w siebie kolejne porcje alkoholu.
         Kwestią czasu było to, co się stało. 

_______________________________________
No ostatnimi czasy, to nawet często tu coś wrzucam. Bo jak się coś dzieje, to i opisywać się chce ;) Mam brak transferu, więc tym razem nie dodałam odnośnika do teledysku do Medicate. Znajdźta se sami ;P Ale za to nieźle naszukała się ładnego tłumaczenia "I do", bo to na tekstowie do mnie nie przemawiało. A jak już wlazłam na forum o Plackach, to siedziałam godzinę. Także taka pora dodania posta, to wina Placków, nie moja. Kurczę, naprawdę ich lubię, skoro pojawiają się także i w tym opowiadaniu ;). Co prawda ta piosenka za Placebowa zbyt nie jest, ale naprawdę pasuje do kontekstu. Jest taka niewinna i naiwna. I nieźle się kontrastuje z Medicate. No i ma wpływ na wydarzenia, bliższe i dalsze. No ;D
To do następnego, który w sumie może nie być tak szybki jak to było ostatnio, bo na moim horyzoncie pojawiają się koloski z chemii fizycznej, analizy instrumentalnej i zaliczonko z epidemiologii. W tym pierwszym jest problem żem z matmy i z fizy noga, z drugim może nie będzie źle, ale muszę trochę przysiąść do zadanej. A ostatnie  będzie problematyczne z powodu mojego lenistwa i niechodzenia na wykłady.
Ok nie smęcę, bo przeca nikogo nie interesują moje studenckie problemy. Co tam dzieci w Afryce, ja mam kolokwium z fizycznej! ;/
Dobra, stop. Koniec, kropka.