wtorek, 26 lutego 2013

10

            „I co się gapisz?” Pomyślała z irytacją, gdy nieznajomy nie odwrócił wzroku. Co z tego że był całkiem przystojny. Można by nawet powiedzieć, że w typie Lily. Pozbawiony lalusiowatości, z niebanalną twarzą, męski. Siedzący z dobrze opracowaną niedbałością, zupełnie jakby nie uważał na to, w jakiej jest pozycji, a jednocześnie siedział tak, by wyglądać dobrze. Ciemne jak dwa węgliki tęczówki badały ją dokładnie spod przymkniętych powiek ozdobionych nietypowymi dla mężczyzny długimi, gęstymi rzęsami.
         Z boku musiało to wyglądać komicznie. Dwójka ludzi siedząca przy oddzielnych stolikach udaje, że się nie wpatruje w to drugie, a jednak to robi. Gdyby Lily miała lepszy humor stwierdziłaby z rozbawieniem, że tak mogłaby zaczynać się jakaś durna komedyjka dla niedorozwiniętych emocjonalnie singielek spędzaąacych samotnie walentynki. Ale w tej sytuacji Grey była prawie pewna, że to wzrok pełen politowania dla kompletnej wariatki.
         A jeśli nawet, to co? Nigdy nie spotka już tego faceta, a on  nic o niej nie wie. Zapłaci i wyjdzie. Niczym statysta w wielkim filmie, zwanym życiem.
         Malarkę czasem prześladowało wrażenie, że znajduje się w swoistym „The Truman show”, gdzie grała główną rolę, a ludzie spotykani na ulicy to wynajęci aktorzy, oscarowo grający swoje role. Potem zawsze rugała się w myślach, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby oglądać życie niespełna dwudziestotrzyletniej studentki czwartego roku malarstwa i grafiki na Uniwersytecie w Berkeley.
         Niejednokrotnie mijając ludzi na ulicy zastanawiała się nad ich sprawami, dlaczego właśnie szli tu i teraz, na kogo czekali niecierpliwie zerkając na zegarek. To dla tych przypadkowych osób ona była statystką.
Tym samym był dla niej ten goćć, niezależnie czy był jej znany. Nie spodziewała się, że wpadnie na niego za tydzień. No, chyba że był stałym klientem Boba. Ale też pod warunkiem, że oboje zjawiliby się tu tego samego dnia, o tej samej porze, co szczerze mówiąc, bez wcześniejszego umawiania się było fizycznie niewykonalne i niemożliwe.
Lecz gdyby tak się złożyło, to z pewnością nikt by już tego nie potraktował jak przypadek.
Lily odchyliła głowę mocno do tyłu; pozwoliła, by włosy swobodnie spływały po oparciu fotela; końcówki kosmyków dotknęły podłogi. Dziewczyna pozostała w takiej pozycji, by wyciszyć zahukane myśli.
Muzyka w lokalu była dziś zdecydowanie lepsza niż jeszcze jakiś czas temu. Bob, jako nieskomplikowany człowiek puszczał muzykę z radia, myśląc, że to wystarczające tło do rozmów. Lily miała całkowicie inne zdanie. Komercyjna, krzykliwa papka z drażniącym ucho umcy-umcy  była wręcz nie do wytrzymania. Zasugerowała kilka płyt z ambitniejszego popu, jazzowych inspiracji i muzykę instrumentalną. Na całe szczęście Bob skorzystał z jej sugestii. Dzięki temu kawiarnia przestała przypominać supermarket, gdzie trzeszczące radio nadawało bez przerwy „najnowsze hity”. Lokal dostrzegli także ludzie znudzenie głośnymi klubami i pubami. Do tego rodzaju klienteli z pewnością należał ów jegomość, który zajął ulubione miejsce dziewczyny.
Akurat z głośników płynęła jazzowa solówka na saksofonie, gdy drzwi frontowe otworzyły się i omiótł wszystkich słodko-mdły zapach drogich perfum. Lily nie podniosła głowy, choć doskonale znała ten zapach. Gdy usłyszała stukot obcasów na panelach, lekko zmarszczyła brwi. Stukot przepadł w niepamięć, kiedy Joanna zatrzymała się przy stoliku dwóch względnie młodych i normalnie wyglądających dziewczyn. Każdą z nich obdarzyła lepkim od błyszczyku pocałunkiem i kilkoma rzuconymi od niechcenia pytaniami. Następnie przestukała do stolika zajmowanego przez malarkę, spojrzała na nią krytycznie i zagadnęła:
- Co robisz?
- Kontempluję – Lily odpowiedziała po minucie ciszy, która była ostatnią okazją do uporządkowania płynących w różnych kierunkach myśli.
- Y.. Co? – Joanna przysiadła na fotelu, zajmowanym uprzednio przez Antona i Kimberly Dray.
- Niic. – Dziewczyna odparła przeciągle podnosząc głowę, która zdawała się być z ołowiu.
         Joanna w ciągu swej godzinnej nieobecności zdążyła się już przebrać. Miała na sobie ładną bawełnianą sukienkę w różnokolorowe kwiaty. Jej szyję i piersi ozdabiał srebrny łańcuszek z krzykliwym wisiorkiem wykonanym z różnokształtnych koralików. Na kolanach mieściła jedną ze swych małych, zgrabnych torebeczek, która kolorystycznie odpowiadała sandałkom. Dłonią przeczesała gęste, czarne loki. Bransoletki na przegubie dłoni zagrzechotały dźwięcznie. Thomson zdjęła przyciemniane okulary słynnego projektanta i odsłoniła bladoniebieskie tęczówki. Uśmiechnęła się w iście hollywoodzkim stylu i zakomunikowała:
- Zdjęcia powychodziły naprawdę świetnie. Zastanawiam się czy nie wywołać ich w większym formacie. A jak wywiad? I co się stało z twoimi włosami?
- Gdyby kiedykolwiek coś strzeliło mi do głowy i chciałabym znów udzielić wywiadu, proszę przypomnij mi ten.
         Lily streściła niezbyt udaną rozmowę z Dray.
- Powinnam była się tego spodziewać, ludzie są przecież naprawdę wścibscy. Ale żeby interesowała ich moja rodzina? Co więcej, zapytała czemu ludzie uważają mnie za arogancką. Przepraszam, czy ja robię przed uniwerkiem sondy i ankiety? – Grey z powrotem opadła na oparcie fotela. Włosy zafalowały, błyszcząc w świetle lampki i opadły kaskadami na czarną skórę obicia mebla.
         Joanna w odpowiedzi wybuchła głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę innych w pomieszczeniu.
- Uwielbiam twój sarkazm! – Powiedziała między kolejnymi salwami śmiechu.
         Lily prychnęła jak rozwścieczona kotka. Niepotrzebnie wstawała dziś z łóżka. Nie sądziła, by cokolwiek mogłoby jej poprawić nastrój. Była zła na siebie i rozczarowana wywiadem.
         Wtem do stolika podszedł Anton z kartą dań. Zdziwiony popatrzył na dwie studentki: jedną duszącą się ze śmiechu, a drugą zwisającą z fotela niczym postać z obrazu Fussli’ego „Koszmar”.
- Anton, mógłbyś nie chodzić po suficie? – Burknęła Lily wisząc głową w dół. – I co to w ogóle za pomysł, by mocować lampy do podłogi?  - dodała z pretensją w głosie.
- Przepraszam, to wina Newtona. On odkrył grawitację. – Kelner był całkowicie przyzwyczajony do dziwactw swojej przyjaciółki.
- Więc niech ją zakryje z powrotem. Powiedz mu, że ja jej nie chcę. I uspokój arbuzy. Śmieją się ze mnie. Mogłyby chociaż umyć pestki.
         Z miny Joanny można by odczytać, że uważa Grey za pomyloną. Gdy malarka wróciła do cywilizowanego sposobu siedzenia, fotografka zapytała z niepokojem:
- Dobrze się czujesz? Krew nie napłynęła ci do głowy? Arbuzy wcale się z ciebie nie śmieją.
- Może ci się tylko wydaje? Może szajka arbuzowych maniaków wyprała ci mózg, byś tak myślała? – Odparła malarka konspiracyjnym szeptem. – A może arbuzy bez przerwy się z ciebie śmieją, więc przywykłaś do tego i uważasz, że tak musi być? – dziewczyna wzięła ze stolika szklankę z różową zawartością, skinęła głową niby do toastu i wypiła całą zawartość.
- Spokojnie, ona zawsze tak ma, gdy jest coś nie idzie po jej myśli. – Uspokoił Joannę Anton, przyglądając się przyjaciółce, która właśnie przystawiła pustą szklankę do oka niczym lunetę. – Udaje psychiczną, by się uspokoić.
- Wcale nie! – Obiekt mini psychoanalizy Litwina postawił z łoskotem szklankę. – Wszystko zepsuliście. – niczym obrażone dziecko Lily zsunęła się z fotela.
- Mówiłaś jej o środzie? – Kelner szybko narzucił nowy temat, by Grey nie pogrążyła się w kontemplacyjny i smętny nastrój.
- Dopiero przyszłam. Przynieś mi łaskawie lody śmietankowe z polewą czekoladową i orzechami.
- Co o środzie? – Lily wynurzyła się spod stołu i z zainteresowaniem uniosła brwi.
- Jak to co? Twoje urodziny! Razem z – Tu Joanna odwróciła wzrok i głową wskazała bar. – przygotowaliśmy coś dla ciebie.
         Malarka zamrugała, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Nic dziwnego, od pięciu lat nie obchodziła urodzin, więc całkowicie o nich zapomniała. Nie były one dla niej dniem, na który czekała z niecierpliwością.
- Będzie cudownie, zobaczysz! – Joannie oczy zaświeciły się z podniecenia, z pewnością wszystko dokładnie zaplanowała. – W środę rano zabieram cię na zakupy, potem spędzimy cały dzień u mnie, a wieczorem idziemy na karaoke! – Uśmiechnęła się na koniec, czekając na entuzjastyczną reakcję Lily.
- W środę muszę oddać na zajęcia...
- Cicho, nic nie musisz! W środę nawet nie zobaczysz budynku uniwersytetu!
- Ale... karaoke? To beznadziejny pomysł!
- I tu jest twój problem! Wszystko, co nowe od razu odrzucasz! Daj spokój, podejdź do tego na luzie.
- Łatwo ci mówić, bo masz głos jak dzwon. – Lily skrzyżowała ręce na piersi.
- Jak ludzie mają dobry głos to zakładają zespół lub idą do Idola. A karaoke to tylko zabawa.
- Nie widzi mi się śpiewanie piosenek Rihanny czy Nicki Minaj.
- Dlatego nie idziemy do zwykłego klubu. Tamten jest specyficzny. Tylko dobra, rockowa muza. Pasi?
- Naprawdę?
- Zero, jak to ty mówisz, radiowego chłamu. Porządna muzyka na poziomie.
- Hm, zobaczę. – Dziewczynie zabrakło już argumentów na nie, więc dała niejasną odpowiedź.
- Okej, to musi mi wystarczyć. Tak w ogóle to byłam tam kiedyś z Nickiem. Wiesz którym. – Joanna wyszczerzyła się. – On znów do mnie pisze. Myśli, że coś z tego wyjdzie. A ja, no cóż, potraktowałam to jako jednorazową przygodę. Czy on naprawdę myśli, że może kwalifikować się jako mój facet. O nie! On jest taki...
         Ale Lily już nie słuchała, jaki jest Nick. Bezwiednie gładziła palcem prawą skroń. Umysłem nie znajdowała się w kawiarni. Przed oczami migały jej obrazy kolejnych urodzin. Lukrowany tort z krzywo powtykanymi świeczkami, miś niedbale przewiązany wstążką.
         A potem, niespodziewanie krzyk. Mama osuwająca się na fotel, ojciec wybiegający z pokoju. Trzaskające drzwi wyjściowe. Odgłos zapalanego samochodu.
- Lily – Szepcze mama. – Daj mi rękę. Tego prezentu na pewno się nie spodziewałaś.
         Wraca ojciec. Bierze ją na ręce i wsadza na tylne siedzenie samochodu. Matka, jęcząc, siada obok niej. To wszystko dzieje się tak szybko. Ulice za szybą zlewają się w zbitą szarą masę. Ojciec klnie, matka ciężko oddycha szarpiąc materiał sukienki. W końcu samochód zatrzymuje się. Ojciec ponagla ich, coś wykrzykuje. Wchodzą do wysokiego, białego budynku z mnóstwem okien. Wdrapują się po schodach, nieprzerwanie asekurując mamę, najpierw na pierwsze, potem na drugie piętro. Kobieta ubrana na biało zabiera mamę i każe im czekać na korytarzu. W powietrzu unosi się dziwny zapach. Podłoga i ściany wyłożone są biało- czerwonymi płytkami. Wszystko jest takie dziwaczne i obce, zwłaszcza małe obrazki krzywo wiszące na gwoździach. Z korytarza prowadzi wiele drzwi, wszystkie zamknięte.  Nagle jedne z nich się otwierają, wychodzi mężczyzna ubrany na zielono w asyście dwóch kobiet. Ojciec niecierpliwie ściska dłoń Lily. Czas bardzo się dłuży. Wreszcie, gdy już się wydawało, że będą czekać wiecznie, pojawia się mama na wózku z małym zawiniątkiem w rękach. Ojciec podchodzi i ciągnie ją za sobą. Tym zawiniątkiem jest mały, różowy, pomarszczony człowieczek.
         Lily zamrugała powiekami. To jedno z jej najstarszych wspomnień, nie licząc tego z królikiem. Miała wtedy cztery lata. W jej urodziny przyszedł na świat Leonardo, jej młodszy braciszek W środę będzie obchodził swoje dziewiętnaste urodziny.
         Dziewczyna zacisnęła powieki, by nie rozpłakać się. Mija kolejny rok kiedy nie obchodzą urodzin razem, kiedy nie widzi go, nie kłóci się z nim, kiedy nie czyta mu bajek przed snem, mija pięć długich lat podczas których oboje się zmienili i być może nawet się nie rozpoznają, gdy nastąpi spotkanie.
- Zostaw ją, to u niej normalne. W każdym razie normalne dla artysty.
- Takie zawiechy? To wygląda... dziwnie. Jakby była gdzieś indziej.
- Sądzę, że tak jest.
- Nie krępujcie się, rozmawiajcie dalej. – Lily zwróciła się do przyjaciół.
- Och, Lily, wróciłaś, martwiliśmy się o ciebie.
- Całkowicie niepotrzebnie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
         Joanna uśmiechnęła się i skierowała swoją uwagę na lody. Anton nie był do końca przekonany, ale nie zgłębiał tematu. Znał dziewczynę wystarczająco długo, by wiedzieć, że miała wystarczająco dużo wspomnień, do których stanowczo za często wracała. Lub po prostu tworzyła jakiś wizjonerski obraz i nie powinno się jej przeszkadzać.
         Przez chwilę cała trójka siedziała cicho. Było to wyjątkowa sytuacja, bo zazwyczaj Joannie usta się nie zamykały od uszczypliwych uwag w kierunku Antona.
         Lily odchyliła się na fotelu i ukradkiem wyjrzała zza parawanu. Nieznajomy nadal tam siedział. Pochylał się teraz nad notatnikiem i coś w nim zapisywał. Dziewczyna poczuła skurcz w brzuchu. Wydawało się jej jakby przeżywała deja vu. Już kiedyś widziała kogoś, kto właśnie tak pochylał się nad zeszytem i coś zapisywał. Obok niego stała filiżanka kawy. Tak było i tym razem.
         Co było potem? Grey pochyliła głowę i w skupieniu przywoływała z pamięci sytuację. Klasa, wanna, poker... Jaki to miało związek, czemu o tym pomyślała? Wpatrywała się tępo w blat stołu. Królik, czarna woda, las, uczniowie. Kobieta. Siada, bez słowa całuje i znika. Zabiera. Ale co?
         Malarka westchnęła z rezygnacją. A może to wszystko jej się tylko wydaje? Na uczelni setki studentów siedziało w ten sposób i notowało na zajęciach, nic nadzwyczajnego. Spojrzała jeszcze raz na obiekt zainteresowania. Mężczyzna odłożył długopis. Wyciągnął dłoń i uchwycił porcelanową, białą filiżankę. Sposób, w jaki ją trzymał spowodował u Lily dziwne mrowienie. Ludzie w ten sposób nie trzymają naczyń. Przynajmniej nikt, kogo znała, ale miała zamglone wspomnienie, gdy ktoś kciukiem i palcem wskazującym obejmował brzeg filiżanki.
- Znowu...
- Co znowu? – Lily westchnęła i wyprostowała się na siedzeniu.
- Znów odpływasz.
- Zastanawiałam się... Czy kojarzę, gdzie ten lokal karaoke może być.
- Nie sądzę... Chociaż... Poczekaj, przecież to jest zaraz obok ciebie. Wiesz gdzie jest 7th street?
- Proszę cię, aż taka ograniczona nie jestem. Znam rozkład jazdy autobusów, co tobie sprawia trudność, więc wiem gdzie to jest. Ale przecież 7th street jest długa. W którym miejscu dokładnie jest ten twój klub?
- Ojejku, zaraz obok Berkeley Public Health Clinic.
 - No, to rzeczywiście bardzo blisko. – Odparła sarkastycznie Lily.
- No widzisz! Nawet jak się upijesz, to jakoś trafisz do domu. – Joanna nie zrozumiała kąśliwej uwagi Grey.
- Nie macie już ciekawszych tematów niż alkohol? – Odburknął Anton.
         Lily spojrzała na pusty talerzyk po ciastku.
- Ja mam ciekawszy temat. Proszę cię, powiedz mi, kiedy przestaniesz traktować mnie jak kaleką sierotę? – Spytała dziewczyna z jadem w głosie.
- Znów zaczynasz? – Chłopak przewrócił oczami.
- I będę zaczynać tak długo i często, aż zrozumiesz, że nie przymieram głodem, więc nie musisz mnie dokarmiać niczym kaczek w parku.
Wegetarianizm jest moją absolutnie świadomą decyzją i choć tego nie rozumiesz, uszanuj to. Ponad to potrafię o siebie zadbać, chcę pozostać samodzielna i niezależna, a ty to za każdym razem kwestionujesz. Sugerujesz, jakobym potrzebowała opieki i silnego męskiego ramienia. Nie chcę by ludzie narzucali mi swoją wolę, bo ja tak nie robię.
- Ale...?
- Nie przerywaj mi, kiedy mówię. Podzielisz się wnioskami z mojej wypowiedzi jak skończę. Stawiając przede mną talerz z jedzeniem nie dajesz mi prawa wyboru i czujesz satysfakcję, bo ja nie lubię marnować jedzenia. Doskonale wiesz, że nie mam pieniędzy, a mimo to mój dług u ciebie powiększa się za każdym razem, gdy przychodzę. Co więcej, przez ten popieprzony projekt nie mam czasu podjąć się jakichś dorywczych zleceń, więc w najbliższym czasie nie oddam ci tych pieniędzy. A to sprawia, że czuję się jak jakaś naciągaczka, bo choć coś takiego jak pieniądze nie ma dla mnie zbyt dużej wartości, to świadomość, że ktoś nadwyręża swój budżet by dogodzić mi głupimi ciastkami i koktajlem z arbuzów, wierz mi, jest przygnębiająca.
         Dziewczyna prychnęła na koniec, by dać upust swojemu niezadowoleniu, oparła się z powrotem, skrzyżowała ręce na piersi i ostentacyjnie odkręciła głowę. Poczuła na sobie wzrok wszystkich obecnych w lokalu. Skrzywiła się nieco, ale nie ustąpiła.
         Joannę i Antona zamurowało. Siedzieli z wysoko uniesionymi brwiami i spoglądali na siebie ze zdziwieniem.
- Lily.. – Litwin odezwał się niepewnie.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jesteś w pracy. Nie powinieneś zatem zajmować się klientami? – Grey spytała chłodno.
         Chłopak bez słowa wstał i poszedł za bar. Lily wiedziała, że zachowała się skandalicznie fucząc na niego, ale dostawała już białej gorączki. Był jej przyjacielem, to fakt, znał ją najlepiej, lecz czasem na siłę chciał ją uszczęśliwić, co oczywiście miało odwrotny skutek do zamierzonego. Nie znosiła litościwego traktowania. I była zbyt dumna, by przyjmować takie przejawy troski.
         Joanna jakby skurczyła się w fotelu. Z dwojga złego wolałaby, by Lily wybuchła i wykrzyczała to, niż mówiła takim spokojnym, jadowitym głosem. Iskry w jej oczach nie mówiły niczego dobrego. Dlatego czarnowłosa nie odzywała się wcale, by nie pogorszyć jeszcze sprawy.
         W tym czasie ludzie w kawiarni powrócili do swoich zajęć, przestając zwracać uwagę na stolik, przy którym siedziały dziewczyny. Mężczyzna, który powodował niezdrowe zainteresowanie Lily , dopił swoją kawę, notes schował do kieszeni czarnej, dobrze skrojonej marynarki. Wstał, poprawił mankiety, przygładził ciemne, wąskie spodnie, zostawił przy filiżance zapłatę za zamówienie i wyszedł. Rzucił jedno przeciągłe, niby obojętne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek w stronę Lily i opuścił kawiarnię.
         Joanna uchwyciła to spojrzenie i popatrzyła na przyjaciółkę pytająco. Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
         Chwilę później Anton podszedł do stolika, sprzątnął pustą filiżankę i zabrał banknot. Po czym podszedł do dziewcząt i oznajmił:
-Ten facet już drugi raz ratuje mi dziś tyłek.
- Co?
- Patrz – Chłopak podał Lily kartkę papieru z nakreślonymi pospiesznie kilkoma słowami. Czarny atrament jeszcze połyskiwał, słowa były napisane dosłownie przed chwilą.
- To nie jest twoje pismo. – Malarka niepewnie przeniosła swój wzrok z kartki na kelnera. Anton w odpowiedzi wykrzywił usta.
- Co tam jest napisane? – Joanna wychyliła się mocno, by przeczytać przekrzywione w prawo i ściśnięte litery.
- „Płacę także rachunek pani w blond włosach”. – Lily tylko uniosła brwi. Jej towarzyszka otworzyła szeroko usta. – Co to ma być?
- Nie wiem, ale teraz jemu, a nie mnie wisisz kasę. – Litwin wyszczerzył się. – I jeszcze dał mi pięćdziesiąt dolców napiwku.
- To dziwne. Nie. To głupie. Ośmieszyłam się podwójnie. Raz z wywiadem, a teraz z tym. Ten facet myśli, że jestem niespełna rozumu.
- Kto to w ogóle był? – Zapytała Joanna, gdy Anton wrócił za bar.
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się znajomy, aż za bardzo.
- Jeśli to miał być podryw, to trochę mu nie wyszedł, mógł chociaż zostawić swój numer telefonu. – Joanna wyrwała Lily karteczkę.
- Jaki podryw? Widziałaś go? On był po trzydziestce! Raczej zrobił to z litości. Albo po prostu chciał uratować jego skórę.
- Albo po prostu poderwać jego?
- Bredzisz. – Odparła spokojnie Lily. Z zamiarem jak najszybszego wyrzucenia z myśli tego incydentu, zmieniła temat. – Skoro sprawa mojego rachunku została raczej roztrzygnięta, wrócę do domu i dokończę notatki na poniedziałek i przygotuję się na wtorkowe zajęcia. Ach, byłabym zapomniała. Jeżeli ma mnie nie być w środę na uniwerku, to muszę we wtorek oddać te dwa albumy na zajęcia z profesor Leighton.
- Czyli pewnie spotkamy się dopiero w środę? – Joanna drgnęła. – Zabiorę cię na Telegraph Ave i narobimy takich zakupów, że...
- Przecież ta ulica ciągnie się kilometrami!
- A myślisz, że od czego mam swoje Audi?
„No cóż”, pomyślała Lily „z Joanną nie da się wygrać. Ale za to może będzie zabawnie”.
_________________________________________________
Wracam, jestem. I to z taaaką partią materiału. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu wynagrodzę czytaczom to czekanie na coś nowego ;P Napisałabym tu coś mądrego, ale jest właśnie 23:23 i nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Indżoj :)

niedziela, 16 grudnia 2012

Etenszyn

Postaram się tu nie rozpisać, tak jak zrobiłam to na moim drugim, słitaśnym blogasku. Jak kto chce przeczytać, to niech se zajrzy.
Sprawa taka, sesja idzie, czas się uczyć. Niczego nie przerywam, nie anuluję i tak dalej.
Choć muszę przyznać, miałam wiele dylematów z tym opowiadaniem i blogiem. Często jak się pryśniczę, mam wtedy najwięcej rozważań. I tak myślę czy to co piszę jest sensowne i tak dalej. Czy nie powinnam zająć się czymś poważnym, tj pilniejszą nauką, zapatrywaniem się na swoją przyszłość po studiach i takie tam blablabla nudne poważne decyzje, od których zależy moje życie i losy Wszechświata. I coraz częściej moje rozmyślania sunęły w kierunku usunięcia strony, wrzucenia zeszytu do pieca i wgl przestania ośmieszać się w sieci. Ale ostatnio nastąpił przełom. Wzięłam do ręki zeszyt, po raz kolejny przemknęłam wzrokiem po tych 152(!) stronach A4 i spłynęło na mnie natchnienie. Chwyciłam do ręki długopis. Potem tak samo z siebie powstało 10 stron, a w głowie dalsze losy. Które co prawda w mglisty sposób były uformowane, ale teraz zaczęły nabierać realnych kształtów. To mi dało do myślenia, że zarówno "Pomarańcze...", jak i "But home is nowhere" dają mi niesamowitą radość tworzenia i satysfakcję. Każde opowiadanie w inny sposób, ale uczucie jest naprawdę miłe. Roczna przerwa od perypetii życiowych Lily pozwoliła mi nabrać pewnego dystansu i świeżości myślenia. A także dała odczuć, że pisanie w 3 osobie jest tak samo, a może i bardziej sprawiające przyjemność, niż to, jak piszę w "Pomarańczach". Także bądźmy pełni optymizmu, bo nawet jeśli nie widać tego na razie na blogu akcja się komplikuje, miesza i biegnie nowymi torami. O niektóre nawet bym siebie nie podejrzewała. I nadal rozważam, w jaki sposób będę to kontynuować. Bądź co bądź, pomysłów mi nie brakuje. Za to brak czasu i mobilizacji, by to wszystko spisać. Jeśli czegoś bym sobie życzyła w Nowym Roku, to właśnie tego.
Będąc przy temacie życzeń i świąt, chciałabym i Wam, moi czytelnicy złożyć najserdeczniejsze życzenia, bo być może, a również prawdopodobnie niczego przed sylwestrem tu nie dodam. By Wasze święta upłynęły w spokojnej atmosferze, porządki nie były tak uporczywe, a prezenty cieszyły bardziej niż zwykle. I by nastała rodzinna atmosfera (jeżeli jej nie ma, tak jak to często bywało w moim domu) lub była jeszcze przyjemniejsza niż do tej pory.
Złota Żmija
PS. Podpisując się na dole, czego zwykle nie czynię, czuję się jak biskup piszący list do wszystkich kościołów w diecezji albo jak prezydent z jakimś obwieszczeniem. Hie hie

środa, 5 grudnia 2012

9


Mogłoby wydawać się to dziwne i niecodzienne, ale powodem tego wszystkiego był mężczyzna. Jak najbardziej mężczyzna. Lily określiła jego wiek na niewiele ponad trzydzieści lat. Siedział dwa stoliki dalej. Prezentował jej swój prawy profil. Skupiony na rozmowie z Antonem, nie spuszczał z niego wzorku. Bladą, pociągłą twarz porastał może dwudniowy zarost. Starannie ułożone czarne włosy intensywnie połyskiwały w blasku lampeczki stojącej na stoliku. Nie, one nie były czarne. Grzywka postawiona do góry, niby nonszalancko, miała zdecydowanie kolor blond.
Niby niewiele i nic niezwykłego, ale zainteresował Lily ten mężczyzna. I świadomość, że widzi nie widzi go po raz pierwszy. Przeszukiwała intensywnie wspomnienia, ale nikt takiego wyglądu z pewnością się tam nie znajdował. Mgliste oblicza samców powodowały tylko mętlik. Nie dały żadnego rezultatu.
Pan intrygujący złożył zamówienie, wyprostował się i odwrócił głowę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment, zanim Lily spuściła oczy, by nie zdradzić swojego niezdrowego wgapiania w nieznajomego. Zdecydowanie ta twarz była jej znajoma! Chociażby usta. Wąskie (dla Joanny z pewnością mało atrakcyjne), górna warga z wydatnym wcięciem. Idealnie pasujące do twarzy. Inne zresztą by nie pasowały. Sprawiałyby, że twarz zgubiłaby swoje proporcje i harmonię. Nos wydawałby się za duży, policzki zbyt wklęsłe, a oczy mniej wyraziste.
Chrząknięcie Kimberly sprowadziło Lily na ziemię. I wzbudziło zainteresowanie nieznajomego. Studentka kątem oka dostrzegła, że brunet taksuje ją wzrokiem, tak jak ona jego wcześniej.
- Ten kelner to twój chłopak? – Zapytała rudowłosa, myśląc, że malarka obserwuje Antona.
- Nie… nie, to przyjaciel. – Lily wzięła do ust kolejny kawałek ciasta.
- Możemy zaczynać?
- Nie mam nic przeciwko.
Kimberly wzięła z podłogi torbę i wygrzebała z niego notatnik i czarny długopis. Blondynkę to zdziwiło, nie spodziewała się tak tradycyjnych przyborów dziennikarskich. Zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy Dray wręczyła te przedmioty Lily.
- To taka tradycja, że każdy, z którym przeprowadzamy wywiad, rysuje swoją podobizną. To chyba dla ciebie nie będzie żaden problem? – Uśmiechnęła się przekrzywiając głowę. Po chwili wyciągnęła z torby iPhone’a i ustawiła dyktafon.
- No, to może pierwsze, dość sztampowe pytanie. Dlaczego właśnie malarstwo, a nie na przykład budownictwo czy fizyka?
- Bo do niczego innego się nie nadaję! – Ta odpowiedź automatycznie cisnęła się studentce na usta. – A tak na poważnie, od najmłodszych lat, odkąd tylko pamiętam, malowałam i rysowałam. Na początku bohomazy i bazgroły jak każde dziecko. Potem rysunki zaczęły nabierać rozpoznawalnych kształtów.
- Uhm. I co przedstawiał pierwszy rysunek, na którym dało się coś rozpoznać?
- Nie jestem już pewna, ale wydaje mi się, że królika. Szarawego, nieszczególnego z dużymi uszami i szklistymi oczami.
-Dlaczego właśnie królik? Dzieci przeważnie rysują słońce, chmurki czy domek.
- Dostałam królika w prezencie na trzecie urodziny. I tak zakorzeniła się we mnie miłość do królików.
- Sentyment do królików… Ten obraz… w galerii. Tam też jest królik!
- Tak, tam też. Można by nawet powiedzieć, że był to portret, bo pozował mi żywy zwierzak. Mój Jack.
- O… czyli masz zwierzątko? – Kimberly zmieniła pozycję. Podciągnęła kolana pod brodę.
- Miałam. – Lily spojrzała na czystą kartkę, przełożyła długopis do drugiej dłoni i zaczęła rysować swój portret. – Jack umarł w tamtym roku.
- Tak mi przykro! – Wykrzyknęła Kimberly z fałszywą nutą w głosie; znów inaczej ułożyła swoje ciało – tym razem opuściła nogi na podłogę. Palcami przeczesała i tak zwichrowane włosy. Malarka pochyliła głowę kreśląc długopisem owal swojej twarzy i zarys oczu.
- Ojej! – Rudowłosa zapiszczała. – Jakie masz długie włosy! Pokaż, pokaż!
Zeskoczyła z fotela i zanim studentka zaprotestowała ściągnęła z jej włosów gumkę. Pasma rozsypały się dookoła. Kimberley z podnieceniem rozczesywała je palcami. Z ukontentowaniem mieszała w nich, na przemian roztrzepując i przygładzając. Lily była przyzwyczajona do takich zabiegów. Joanna (zaraz po śpiewaniu, aktorzeniu, imprezowaniu i tańcach) uwielbiała czesać ludzi. Zaciągała artystkę do swojego pokoju i ze szczotką oraz mnóstwem gumek i spinek wyprawiała prawdziwe cuda.
Gdy Kimberly zaspokoiła swoją potrzebę potargania włosów, malarka był prawie pewna, że jej fryzura niczym nie ustępuje uczesaniu Dray.
- Śliczne są, a jakie mocne! I ten kolor! Naturalny? – Zapytała, gdy z powrotem znalazła się na fotelu. – Kurczę, posiadanie takich włosów to ciężka sprawa. Nie kusi cię by pójść do fryzjera i je ściąć?
- Nie. – Lily uśmiechnęła się do siebie. – Długie włosy są swego rodzaju symbolem.
- Mhm? – Dziennikarkę to najwyraźniej zaciekawiło.
- Byłam wychowana w bardzo konserwatywnej rodzinie. – Studentka zaczęła dość niepewnie, zagarniając kosmyk włosów za ucho. – Moi rodzice uważali, że długie włosy nie przystoją skromnej dziewczynie. Powtarzali: dopóki żyjesz na naszym utrzymaniu, będziesz robić to, co my uznamy za słuszne i właściwe. dlatego długie włosy kojarzą mi się z wolnością. Ale także, choć to głupie, z dorosłością i samodzielnością. A poza tym, jak można efektownie pogować z włosami obciętymi na pazia?
- Yyy… - Kimberly przeniosła swój wzrok z Antona, który przyniósł jej zamówienie, na rozmówczynię. – Ok, możemy przejść do pytań mniej spontanicznych? Nie chcę, żebyś pomyślała, że przyszłam tak na żywioł, nie wiedząc, kim jesteś i co robisz. Uskuteczniłam nawet małe śledztwo. Tyle, ze ono niewiele mi dało. Ludzie praktycznie nic o tobie nie wiedzą. Chciałabym ich trochę oświecić. Pozwolisz?
Lily podeszła do tego pomysłu jak pies do jeża. Ludzie nie interesowali się nią aż tak bardzo, a to, że niewiele wiedzieli było tylko zaletą. Niczego nie mogli wykorzystać przeciwko niej.
- Opowiedz coś o sobie. Gdzie mieszkałaś, coś o rodzinie i takie tam.
- Mieszkałam w Teksasie. – Rozpoczęła i urwała. Nie miała o czym mówić. – Od pięciu lat nie utrzymuję kontaktu z rodziną. – Dodała cicho.
Kimberly się wyraźnie zmieszała. Wyciągnęła słuszny wniosek, by tematu o rodzinie nie drążyć, bo nic ponad to nie uzyska. Taktownie pociągnęła myśl w innym kierunku.
- Jesteś bardzo tajemnicza. Studenci albo cię nie znają, nawet ci z twojego kierunku, albo cię nie lubią. Ci drudzy uważają,  że jesteś arogancka, nieprzyjemna i patrzysz na wszystkich z góry.
- Skoro tak mówią, to pewnie tak jest. – Malarka straciła chęć do wywiadu. Opowiadanie o relacjach miedzy ludzkich nie było jej mocną stroną. – Nie potrafię złapać z tymi ludźmi kontaktu, dlatego od razu przylepiają mi łatkę tej złej i niedobrej.
- Więc może powiedz jak TY siebie postrzegasz.
- Ambitna, perfekcjonistka, wegetarianka, marzycielka, zdystansowana.
- Ciekawa mieszanka. Czemu właśnie taka?
- Bo lubię sięgać coraz wyżej, nigdy nie robię czegoś na pół gwizdka, nie potrafię znieść cierpienia zwierząt, kiedy zamykam oczy świat staje się kolorowy i nieograniczony. A wycofania i bariery nauczyło mnie życie.
Kimberly uniosła brwi. Nie spodziewała się takiego wywiadu. Lily wydawało się, że Dray oczekuje wypowiedzi w stylu apodyktycznej, nieczułej dziewuchy, która jest tak okropna, że nikt jej nie lubi.
- Co rozumiesz przez ostatnie zdanie?
- Tak jest lepiej. Angażując się w cokolwiek, można przypłacić rozchwianiem emocjonalnym i załamaniem nerwowym.
- A miłość? – Ruda usiadła na fotelu po turecku. – Lily, masz chłopaka?
- Nie sądzę, by kogoś to obchodziło. – Malarka cieniowała prawie skończony szkic. – Nie mam. Pytałaś o miłość. Niby czym ona jest? I czy w ogóle istnieje? Ludzie teraz tylko się wykorzystują. Nie, dziękuję, ja tego nie potrzebuję.
Dray zamarła w miejscu. Stanowczo nie spodziewała się takiego wywiadu.
- Dlatego – Zaczęła powoli. – Angażujesz się tak bardzo w studia?
- Ludziom wydaje się, że malarstwo to taki wydumany kierunek, gdzie nie trzeba się uczyć. Wystarczy coś po swojemu nabazgrać i można zawsze bronić swoich chlapnięć farbą, że właśnie taka była koncepcja, a jak ktoś tego nie rozumie, to ma płytki umysł. Niektórzy studenci są tu tylko dla samego statusu studiowania, by bogaci rodzice się nie czepiali. Co więcej, by  mogli się pochwalić, że mają ARTYSTĘ w rodzinie. A ja… moja rodzina nie chce mieć ze mną nic wspólnego, właśnie dlatego, że inaczej czuję świat. Że przelewam go na płótno. Nawet, jeśli nie da się z tego wyżyć, to ja wiem, że robię to dla większej sprawy. Moje życie z perspektywy Wszechświata to tylko mrugnięcie okiem i mikroskopijny pyłek, ale jeżeli poświęcę je dla sztuki, to całkowicie jest tego warte. Staję się pełniejsza i szlachetniejsza dzięki temu.
- Kurczę, a czym się teraz uszlachetniacie na zajęciach? – Zapytała Dray z drwiną.  Lily dobrze wiedziała, że Kimberly jej nie rozumie. Była przecież nastawiona na lekki wywiadzik, po którym wróci do domu, przebierze się i pójdzie na kolejną imprezę z dziewczynami z Beverly Hills.
- Portret. Farbami.
Masz już jakąś koncepcję?
- Codziennie inną, z każdym dniem bardziej skrajną od poprzedniej.
- Więc na zakończenie wywiadu mogę życzyć ci znalezienia odpowiedniej koncepcji i… jeszcze więcej obrazów w galerii.
Kimberly wyłączyła dyktafon. Malarka akurat skończyła rysować swoją podobiznę. Wręczyła kartkę i długopis rudowłosej.
Dray pozbierała z podłogi rozgardiasz, wcisnęła w torbę szkic i zapłaciła Antonowi przy barze. Po chwili szybkim krokiem opuściła lokal.
W przeciwieństwie do Kimberly. Lily wiedziała jak ten wywiad się skończy już w momencie, gdy ściskała dłoń studentki dziennikarstwa. To była kompletna porażka. Wszyscy wezmą ją za jeszcze gorszą niż jest w rzeczywistości. W ogóle nie spodziewała się pytań o rodzinę czy związki. Wolałaby raczej opowiadać o studiach. Tylko kogo by to zainteresowało.
Grey westchnęła. Kosmyki zbyt długiej grzywki zawirowały i opadły prosto na oczy. Lily nie czuła zbyt wielkiej potrzeby, by je odgarnąć. Z pomiędzy pasm dostrzegła, że intrygujący nieznajomy patrzy się na nią z nieskrywaną ciekawością.
Cudownie. Zbłaźniła się nie tylko przed Dray, ale też przed wszystkimi w kawiarni. Umrzeć z zażenowania to  naprawdę beznadziejna śmierć, a malarka czuła, że ma ją na wyciągnięcie ręki. A chciała być mądrzejsza od wszystkich, chciała innym utrzeć nosa. To sobie narobiła. Ale tylko obciach i dodatkowego powodu, by traktować ją jak kosmitkę.

__________________________________________________
To już tradycja i reguła, że daję plamy. To znaczy tak rzadko coś dodaję. Już się tłumaczę i usprawiedliwiam. Ogólnie wyglądam jak zombie, mieszkam w warunkach jak zombie. No. Znaczy czuję się jakaś taka dziwna. Może to ta pogoda za oknem? To nie jest tak, że się nie wysypiam, bo jestem złym studentem i nie chodze na poranne wykłady, więc codziennie jestem w wyrze do ok 10. I to jedyna rzecz, którą spełniam na drodze do zdrowego stylu życia. Bo tak ostatnio sie dzieje, że jem 1 do 2 posiłków dziennie. I to zazwyczaj koło godziny 14. Im dłużej studiuję, tym dowiaduję się kolejnych powodów jak to niekorzystnie wpływa na mój organizm. Ale nie mogę się ogarnąć. Muszę posprzątać w pokoju. I zacząć funkcjonować. Bo jak nie nauka, to książki. Wróciła mi mania czytania non stop. Jedną skończę, drugą zaczynam. Wiecie jak jest. Żmija dostaje od rodziców pieniążki na jedzenie i kurtkę zimową. Ale na zakupach mija empik. Patrzy na książki i myśli: przecież z głodu i zimna nikt jeszcze nie umarł i kupuje 3 książki. ;/ Przy okazji polecam "Atlas chmur" Zarówno film jak i książkę. Prawdziwa magia i odtrutka na gówniane bestsellery o Greju.
Dobra nie pieprzę już więcej. Znaczy jeszcze mam taką malućką prośbę, by tych 7 obserwatorów (oczywista poza Wildflower) troszkę się w komentarzach uaktywniło :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

8


Lily zastanawiała się właśnie, czy Dray jest spóźnialska, gdy do stolika podszedł ktoś, na kogo widok serce dziewczyny podskoczyło z radości. Szczupły, blondowłosy kelner uśmiechnął się promiennie, ukazując uszczerbek w zębie przedtrzonowym. Oczywiście od otwierania piwa zębami. Lily odwzajemniła szczery uśmiech.
- Czym mogę służyć panno „Nie jestem Grey” Grey? – Pytał się tak za każdym razem.
- Antonie Konviciusie, a co pan poleca? – W odpowiedzi Anton wyjrzał zza parawanu i przysiadł się na wolnym fotelu.
- Ostatnio wcale tu nie przychodzisz. Widziałem cię chyba z miesiąc temu.
- Po prostu nie mam czasu. Studia…
- Na studiach każdy się opierdziela, tylko ty traktujesz to śmiertelnie poważnie. Urwij się kiedyś z wykładu, pójdziemy gdzieś, jak za starych, dobrych czasów.
- Które wcale nie były aż takie dobre. – Lily przerwała mu. – Myślisz, czemu przyjechałam tu aż z Teksasu? By się od nich odciąć. Zresztą ten temat wałkowaliśmy tysiące razy. Za bardzo podobają mi się te studia, by je olać. Lepiej opowiadaj, co u ciebie?
- Rozstałem się z Aną. Znaczy to ona zerwała, bo… W sumie sam nie wiem, dlaczego. Tak wyszło. – Anton starał się nie okazywać rozczarowania z tego powodu, ale Lily znała go zbyt dobrze, by tego nie dostrzec. Zaciśnięte wargi dobitnie wskazywały, że nie było mu lekko.
Znajomość z Antonem należała do tych niezwykłych. Gdy uciekła z domu szybko spotkała osiemnastoletniego Litwina, który niedawno, wraz z rodziną wyemigrował do Stanów. Z tym, że kiedy się poznali, Anton był już sierotą – jego rodzice zginęli podczas napadu na bank. Postanowili przetrwać we dwójkę, wspierając się nawzajem. Przez ostatni rok liceum mieszkali razem w kawalerce, a popołudniami po szkole pracowali w obskurnym barze.
Byli jak rodzeństwo, za które często brali ich ludzie, ze względy ba fizyczne podobieństwo. Oboje mieli przecież blond włosy i niebieskie oczy, dość charakterystyczne dla Europejczyków.
Gdy Lily dostała się na studia do Berkeley, Anton nie wahał się ani chwili i pojechał z nią, choć wiedział, że będzie tam musiał zaczynać od zera. Ale z drugiej strony tak naprawdę nic go nie trzymało w Boerne. Ktoś mógłby pomyśleć, że Anton był w Lily zakochany, ale to nieprawda. Chłopak był dla niej raczej jak brat.
Prawdą było, że Anton nie miał problemów z okazywaniem uczuć. Był prostym człowiekiem, przez co jego uczucie było szczere i piękne uczył Lily, że można kochać pomimo i ponad wszystko. Z pewnością był lepszym katolikiem niż Lily. Dziewczyna bardzo chciała być taka jak Konvicius, ale jej przeszłość miała na jej sferę duchową druzgocący wpływ. Doprowadziło to do tego, że Lily obawiała się, że po prostu nie potrafi kochać.
- Och, to kompletna bzdura. – Żachnął się chłopak, gdy mu to oznajmiła. – Nie mów, że nie kochałaś braci. A jeśli chodzi ci o miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną, to jeszcze nie spotkałaś nikogo, kto by na ciebie zasługiwał. Musisz docenić siebie. To prosta zależność. Kochasz siebie, więc potrafisz kochać innych. Darząc uczuciem drugiego człowieka, kochasz też samego Boga. I nie trzeba nic więcej.
- Mówisz o tym, jakby to było banalne. A ja nie potrafię.
- Nigdy nie zmuszaj się do miłości. Ona sama przychodzi, musisz tylko wiedzieć kiedy.
Zawsze patrzył takimi kategoriami. We wszystkim znajdował coś dobrego i wartego kochania.
I choć Ana nie była ideałem, Anton był w stanie godzinami wychwalać jej zalety. A ona miała to za nic. Lily nie miała z nią zbyt wielkiego kontaktu. Wydawało jej się, że była zwykłą, niczym niewyróżniającą się dziewczyną. Dlatego tym bardziej dziwi wiadomość, że zostawiła Antona, który mógłby jej nieba uchylić.
- Nie mam do niej żalu. – Blondyn grzebał srebrną łyżeczką w pojemniku z cukrem. – Widocznie tak musiało być. Ludziom nie wychodzi. To się zdarza. – Lily nie mogła uwierzyć, że nawet w takiej chwili jej przyjaciel był spokojny, jakby się nic nie stało.
- Daj spokój, nie była ciebie warta. Jest zwykłą podłą, bezduszną …
- Szczerą i dorosłą dziewczyną. – Anton wpadł jej w słowo. – Nie ciągnęła tego na siłę, tylko dlatego, że wzbudzałem w niej litość. Lily nie pouczaj mnie, bo najwidoczniej to nie było to. – Powiedział, gdy malarka próbowała mu przerwać. – Co byś zrobiła na moim miejscu? Och, przede wszystkim nie pozwoliłabyś sobie na to, by być w takiej sytuacji jak ja. Ale przypuśćmy. Co byś zrobiła? Dokładnie to samo, co ja. Pozwoliłabyś odejść. – Anton zostawił dokładnie przemieszany cukier. Spojrzał jej w oczy i nie pozwolił opuścić wzroku.
Dziewczyna broniła się przed jego błękitnymi tęczówkami. Były jak reflektory wdzierające się w głąb jej źrenic i obnażające prawdę. Bo niezaprzeczalnie miał rację, nawet jeśli studentka by się do tego nie przyznała. Nie czekał na jej odpowiedź, znał ją. Ale nie zmienił sposobu patrzenia.
Lily przypomniała sobie, jak siedzieli razem w kawalerce na wspólnym łóżku. Rozmawiali całą noc patrząc na swoje twarze. To było coś w rodzaju niekończącego się i szczerego wyznania. Na zmianę zadawali sobie pytania i odpowiadali zgodnie z prawdą. To było bardzo ważne, powtarzał Anton, by patrzeć sobie w oczy. Wtedy okazywało się szacunek rozmówcy i dawało pewność o zamiarach oraz czy rozmówca mówi prawdę. Ponad to uczyło pewności siebie. Ktoś, kto wytrzymuje przenikliwe spojrzenie jest silny psychicznie.
Lily przekonała się o tym już następnego dnia. Idąc ulicą do szkoły mijała ludzi patrząc im prosto w oczy. Każdy, kogo mijała nie dłużej niż po kilku sekundach spuszczał wzrok. Może to było dziecinne, ale dziewczyna pochwaliła się tym Antonowi. Wbrew jej oczekiwaniom nie był wcale zadowolony. Wyjaśnił jej, że to nie tylko niegrzeczne, ale też niebezpieczne. Bo była to postawa agresywna. Przypadkowi przechodnie nie lubią, gdy patrzy im się w oczy, takie spojrzenie oznacza wyzwanie. Dlatego ludzie „prześlizgują” się wzrokiem po twarzy. Tylko ci bezczelniejsi wymieniają spojrzenia. A do nich należą głównie typy spod ciemnej gwiazdy, których młoda, blondowłosa dziewczyna powinna się wystrzegać.
Anton z pewnością do nich nie należał. Mimo to, Lily nie lubiła patrzeć mu w oczy. Były zbyt jasne w swoim odcieniu, drażniące. Momentami czuła, jakby topiła się w rzece, po której stąpała zimą. Kruchy lód zarwał się pod nią, a ona zagłębiła się w lodowatej wodzie. Co z tego, że była to znajoma rzeka, zimno wbijające miliony igieł było obezwładniające. Takie właśnie były oczy Antona. Nie bała się go, a tym bardziej nie był on jej wrogiem. A i tak nie znosiła, gdy przewiercał ją wzrokiem tak jak teraz.
- Anton, wystarczy. – Lily odwróciła twarz i rozejrzała się po sali. Liczba gości się nie zmieniła.
- Lily nie musisz udawać, że tak nie jest. Wydaje mi się, że chowanie uczuć niczego nie zmieni. Proszę cię, bądź szczera ze sobą. – Położył dłoń na blacie stołu. – Powiedziałbym coś jeszcze, ale choć wiesz, że to prawda, nie przyznasz mi racji i na dodatek się wkurzysz. – Zanim zdążyła zapytać, o co mu chodzi, wstał i bez słowa odszedł. Ale zanim to zrobił łobuzerko mrugnął okiem.
„Anton, dlaczego ty mnie znasz tak dobrze? Może nawet lepiej niż ja sama?”
Dziewczyna oparła się o fotel i przymknęła oczy. Być szczerą ze sobą. O co mu chodziło? Przecież się nie oszukiwała. Gdyby to robiła, powtarzałaby sobie, że malowanie to strata czasu, że jest niezastąpiona na ranczu ojca. Nie oszukiwała się, gdy mówiła, że lubi swoje studia.
- Lily Grey, prawda? – Odezwał się niski głos z charakterystycznym akcentem.
Malarka otworzyła oczy. Stała przed nią Kimberly Dray. Średniego wzrostu, raczej szczupła, rude proste włosy. To widział każdy. Lily dostrzegła centymetrowe odrosty, blizny po trądziku, naciągnięty na nią podkład, nierówne usta, dziwnie odstającą górną wargę, przebarwienia po kawie na zębach. Ponad to włosy miała rozwichrzone, jakby Kimberly uciekła właśnie przed tornadem. Pogoda za oknem nie wskazywała na to, jakoby przed chwilą Bulwarem Lincolna przeszła trąba powietrzna.
Stojąca wyciągnęła rękę, nader ekspresyjnie wyprostowała palce dłoni i wygięła kciuk dosyć nienaturalnie. Lily zreflektowała się, że trzeba wstać. Uścisnęła krótko dłoń zaopatrzoną w paznokcie koloru grafitu.
Dray dosłownie zwaliła się na siedzenie. Biały szal owinięty wokół jej szyi zafurkotał głośno. Dziewczyna odrzuciła na podłogę torbę. Przeczesała palcami włosy. Złożyła usta w dzióbek i przemknęła wzrokiem po Sali. W końcu rozciągnęła wargi w zbyt przymilnym uśmiechu.
- Dużo macie pracy na zajęciach? – Zapytała, ale nie dała nawet czasu na odpowiedź. – My mamy istny koszmar! A ja mam jeszcze gazetkę! – Ponownie potargała rude kosmyki. – Masz dużo czasu? – Zwróciła się do malarki.
- Tyle ile potrzeba. – Odparła Lily, patrząc jak jej rozmówczyni kokosi się na fotelu.
- Yy… OK.
Lecz zanim zdołała cokolwiek dodać, pojawił się Anton, niosący na tacy talerzyk z pokaźnym kawałkiem ciasta i szklaną z różowo- czerwoną zawartością. Zestawił naczynia na stolik i podał Kimberly kartę dań.
- Yyyo! – Dray wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk. – Fajne ciacho! Zamówiłaś je? Co to jest?
Malarka zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie, by to zamówiła. Tym bardziej, że nie miała już pieniędzy. Znów to zrobił! Do licha!
Lily pozostawiła przy stoliku zdziwioną Kimberly i skierowała swoje kroki ku Antonowi siedzącemu przy barze.
- Co to ma być? – Zaczęła ostro.
- Kawałek przekładańca i sok z arbuzów, a niby co innego? – Anton wykrzywił usta, jakby nie widział w tym nic dziwnego.
- Nie zamawiałam tego. NICZEGO nie zamawiałam.
- Na koszt firmy.
- Chyba twój. – Lily fuknęła z wyrzutem.
- O co ci chodzi? – Chłopak nie zmienił tonu głosu.
- Nie musisz mi stawiać, poradzę sobie sama. Dlaczego traktujesz mnie jak nieporadną dziewczynkę?
- Raz na jakiś czas zafunduję ci kawałek ciasta, to nic wielkiego! Gdyby nie ty…
- Anton, nie możesz za każdym razem usprawiedliwiać swoich aktów nadopiekuńczości wmawianiem, że gdyby nie ja, to coś tam. – Lily mówiła spokojnym tonem. Nie chciała wyprowadzić się ponownie z równowagi. Jeden raz dziennie to o jeden raz za dużo.
- Porozmawiamy o tym później. – Chłopak nie lubił się tłumaczyć z tego, że dogadzał studentce słodyczami kosztem swojej wypłaty.
- Wiesz, że mnie zbywasz? – Dziewczyna uniosła brwi.
- Wiem, ale mam klienta. Zaraz mu podziękuję. – Uśmiechnął się, a na jego policzkach pojawiły się urocze wgłębienia. Zabrał z blatu menu i podążył w kierunku stolika, przy którym usiadł nowy klient.
Lily już miała wrócić z powrotem do Dray, gdy coś zasygnalizowało jej niezwykłość sytuacji. Mrowienie pod skórą dawało wyraźne znaki. Malarka przymknęła jedno oko, jakby chciała się wsłuchać w siebie i odnaleźć przyczynę nagłego poruszenia jej zmysłów.
Nie od razu zorientowała się, o co chodzi. Gdy wreszcie ruszyła sprzed baru, czuła się dziwnie. Kluczyła między stolikami zachodząc w głowę, co się zmieniło. Ściany były takie same, fotografie ani postacie na nich nie zmieniły swojego położenia. Kawałek przekładańca również nie zniknął. Usiadła naprzeciw Kimberly, która wodziła palcem po karcie dań szukając czegoś dla siebie. Lily wzięła do ręki łyżeczkę i odkroiła kawałek ciasta, o kute przed chwilą toczyła walkę z Antonem. Jak zawsze było doskonałe i rozpływające się w ustach. Idealnie kruche z odpowiednią warstwą kremu, który był słodki, ale nie na tyle by być mdłym.
Czując jeszcze na języku posmak toffi, wyjrzała za parawan i nie do końca rozumiejąc, znalazła źródło swojego poruszenia.
__________________________________________________________
No znów mnie długo nie było. Pogodzenie dwóch blogów, studiów dziennych i stałego etatu błazna to dla mnie trochę za dużo. Niestety cierpią na tym moje wypociny. A ja z każdym kolejnym rozdziałem mam dodatkowe wątpliwości, czy jest sens to ciągnąć. Bo prawda jest taka, że to, co tutaj widzicie powstało już około 2 lat temu. I jeszcze wtedy wydawało mi się to czymś ciekawym, tak teraz już sama nie wiem. Choć muszę przyznać, że bardzo powoli to się rozkręca, 
Ten post dedykowany Wildflower, która jako jedyna dzielnie trwa przy moich wypocinach ;)

piątek, 5 października 2012

7



- Billie Joe! - Marie oderwała wzrok od witryny, wyjęła z kieszeni telefon i wskazała na wyświetlacz. Lily mimowolni zmarszczyła czoło i dała tym okularnicy do zrozumienia, że nie do końca o to jej chodziło. - A ten twój, no! Jak mu tam było? - Dziewczyna wykrzywiła usta, przez co jej twarz nabrała wyrazu ogromnego skupienia. - Ten... Davey! O...
- Havok? – Lily nie zmieniła zbytnio wyrazu twarzy.
Była bowiem całkiem pesymistycznie nastawiona do tego pomysłu. Co prawda Davey Havok wokalistą i tekściarzem był naprawdę dobrym, ale jeśli chodziło o wygląd całkowicie nie spełniał kryteriów.
Nie chodziło o to czy był brzydki, bo to kwestia gustu. Problem w tym, że wokalista AFI był całkowicie niemęski. Malował oczy, włosy i paznokcie. Zwłaszcza podczas promocji płyty „Decembernderground” przeszedł samego siebie. Z niebieskimi cieniami na powiekach mógł konkurować z niejedną dewotką z kościoła.
A Lily chciała uwiecznić na portrecie mężczyznę z krwi i kości. Bez podkładu, mascary i gipsów. Uwydatnić cechy płciowe, ostre rysy twarzy, kilkudniowy zarost, twarde spojrzenie. Całkowite przeciwieństwo lalusiowatych, wycelowanych kolesi z kabrioletów, którzy szwędali się po Berkeley.
- No co? – Marie spytała, widząc jej wahanie.
- Nie o to mi raczej chodziło. Davey jest zbyt… - Lily gestykulowała, by wyrazić w pełni jaki jest Havok, ale rozmówczyni jej przerwała.
- Jest naprawdę całkiem niezły. W ostatnim teledysku… mm… ciacho.
Malarka wytrzeszczyła oczy. Oczywiście płytę miała od dawna, ale nie zawracała sobie głowy teledyskami. Z prostej przyczyny: braku czasu. Poza tym podświadomie obawiała się znów ujrzeć te koszmarne turkusowe cienie do powiek.
- Naprawdę?
- Oczywiście! Ma niesamowicie piękne oczy. Nigdy nie wspominałaś, że David jest taki hot!
- Zależy, co dla kogo jest hot. – Lily wiedziała oczywiście, że Marie lubi sobie w taki sposób żartować. Nazywać przystojnych facetów, jak gimnazjalistki zachwycające się Robertem Pattinsonem.
- Wygląda tak, że nie dziwię się tej lasce, że go porwała. – Kasztanowowłosa prawie podskoczyła z ekscytacji. – Jeżeli taki Davey ci się nie podoba, to już nie wiem, jakiego mężczyznę ty chcesz namalować. Dla mnie, oczywiście po Billie’m spełnia wszystkie kryteria.
- Czuję, że koniecznie muszę nadrobić moje braki w teledyskach AFI. – Kąciki ust Lily nieznacznie przesunęły się ku górze. – A wy? – Spróbowała zmienić temat. – Co macie na literaturze?
- Szczerze mówiąc – Marie poprawiła okulary. – Ostatnio nie chodzę na wykłady. Muszę wybierać między szkołą, a kinem, teatrem czy czymkolwiek innym. Szkoła zawsze przegrywa. – Zaśmiała się w specyficzny dla siebie sposób. – Niemniej, uważam, że literatura to ciekawy kierunek studiów. Gdybym tylko nie była tak leniwa… - Marie skrzywiła się, dając do zrozumienia, że to był jej największy problem.
Lily zbytnio to nie zdziwiło. Odkąd pamiętała, Marie zawsze była strasznym leserem Całkowitym jej przeciwieństwem, chyba jeszcze bardziej niż Joanna. Tak na dobrą sprawę one dwie mogłyby być dobrymi kumpelami. Obie angażowały się w najróżniejsze sprawy. Imprezowały do upadłego i miały mnóstwo znajomych. Z tym wyjątkiem, że Jo nieumyślnie zrażała do siebie ludzi. Nie potrafiła utrzymać języka za zębami i czasem szczerze aż do bólu wytykała innym wady i ich słabości.
- Ostatnio – Przerwała ciszę Marie. – byłam na koncertach Killersów, Muse i 30 Seconds To Mars. Mówię ci, było nieziemsko! Co prawda, nie jestem aż taką fanką tych zespołów, ale atmosfera tak mi się udzieliła, że kupiłam już bilety na ich kolejne występy.
Okularnica z przejęciem opisywała kolejne koncerty, a Lily chłonęła, co tylko mogła, wzdychając zazdrośnie co jakiś czas. Mogła sobie tylko pomarzyć o tym ,by na coś takiego w ogóle pojechać. Pieniądze przepuszczała na rzeczy związane ze studiami albo na tatuaże. A chodzenie na koncerty garażowo- osiedlowych indie rockowych zespołów przecież się nie liczyło. Nawet, jeśli te zespoły grały całkiem znośną muzykę. Ale to odbywało się bez tego całego splendoru i efekciarstwa, z jakiego słynęły koncerty dla kilkutysięcznej publiczności. Taka widownia dawała całkowitą anonimowość. Ludzie skaczą, pogują, fałszują przeokropnie, ale nikt na to nie zwraca uwagi, bo na takich koncertach właśnie tak jest. A ci indie rockowy grają zazwyczaj w totalnych spelunach, gdzie na występ przyjdzie garstka ludzi, w tym kilku przybłąkanych duszyczek, które nie do końca wiedzą, co tu robią i po co. W takim przypadku siada się przy stoliku, zamawia napój (najlepiej wysokoprocentowy) i udaje się, że kontemplacja tekstu pochłania do reszty. Nikt nie skanduje nazwy zespołu, żadna rozhisteryzowana fanka nie rzuca stanika lub innej części garderoby na statyw od mikrofonu.
Lily nie raz uczestniczyła w takich recitalach. Zasiadała w kącie Sali śmierdzącej dymem papierosowym, tanim piwem i spoconymi harleyowcami i analizowała teksty undergroundowych piosenek. To były całkiem inne emocje. I choć na kameralnych koncertach zespół czy wokalista miał praktycznie bezpośredni kontakt z publicznością, tak na tłumnych koncertach z widzów biła niewiarygodna wręcz i pozytywna energia. Tego właśnie brakowało Lily w zblazowanym towarzystwie, sączącym trunki, które po kilku kuflach nie zareagowałoby, gdyby z głośników, zamiast muzyki zespołu, puściliby Chopina
- I Wtedy Jared…! Dasz wiarę, że on ma prawie 40 lat? I wtedy on wpuścił na scenę kilkadziesiąt rozwrzeszczanych fanek! – Marie nie przerywała swojej relacji. – Nawet sobie pomyślałam: Dżizas, przecież one go zjedzą! Genialnie było, geeenialnie! Aż chce się jeszcze!
- Nie wątpię. – Lily wykrzywiła lekko usta.
- W ogóle tyle atrakcji, że hej! Mieliśmy jechać na przedpremierowy pokaz Barmana, ale Rose coś napomknęła o karaoke. To będzie masakra! Wszyscy się schlamy jak ostatnio i będziemy wyć do mikrofonu. Uwielbiam robić z nią imprezy. Są kosmiczne! Mam nadzieję, że znów nie zaprosi Meg.
- Meg? Meg Stuarts? Ode mnie z roku? – Lily nie wierzyła własnym uszom. Dwie największe uniwersytecki przyjaciółeczki nie zapraszają się na imprezy?
- Dokładnie! Meg ma jakieś pretensje do Rose. A najlepsze jest to, że Rose nie miała z akcją nic wspólnego, bo całe zamieszanie spowodował Michale. – Marie była w swoim żywiole. Gorące ploteczki to było coś, co studentka literatury lubiła najbardziej.
- Już nie mogę doczekać się imprezy. Czuję jej głód. Mam ochotę się nawalić i jęczeć przeboje Britney. „ Hit me baby one more tiiiiimeeeeee…” Bo na ostatniej imprezce nie byłam, walentynkowe party nie jest dla mnie.
- Jak się kogoś kocha, to powinno się to okazywać na co dzień. – Lily uniosła nieznacznie brwi.
- Dokładnie! – Marie poprawiła okulary. – Kiczowate serduszka, karteczki, amorki. Wszędzie miziające się pary. Czy może być coś gorszego?
- Jasne. Banda kretynek, które są chorobliwie zazdrosne, bo spędzają Walentynki w gronie przyjaciółek, po raz tysięczny oglądając „Pretty Woman”. – Warknęła im za plecami Joanna, która pojawiła się tam, nie wiadomo kiedy.
- Ty do nich z pewnością nie należysz? – Parsknęła Marie.
Z całą pewnością, pomyślała Lily. Kto jak kto, ale Joanna nie miała problemów ze znajdowaniem sobie męskiego towarzystwa. To, co robiła w walentynki całkowicie mijało się z przesłaniem święta zakochanych, ale faktem było, że tego dnia Joanna nie oglądała „Pretty Woman” ani innej komedi romantycznej.
- Ale widzę, że jesteś na bieżąco, jeśli chodzi o zajęcia kretynek, które spędzają same walentynki. – Dogryzła jej okularnica.
- Dość, stop! – Warknęła Lily. Dyskusja czy rozmowa to jedno, a złośliwości i kłótnie to drugie. A tego drugiego właśnie, dziewczyna bardzo nie lubiła. – Jo, odprowadzisz mnie do Boba?
- No… dobra. – Powiedziała po chwili namysłu, nie spuszczając wzroku z Marie.
- Zobaczymy się później. – Malarka pospiesznie pożegnała się ze studentką literatury.
- Wiesz, że tego nie lubię. – Odezwała się lily, gdy były już same.
- Tak? A sama ciśniesz Ibsenowi! – Usprawiedliwiała się Joanna.
- To całkiem co innego!
- Ty nie lubisz jego, a ja nie lubię tego grubasa, któremu dziób się nie zamyka!
- Nie uważasz, że jesteś trochę niesprawiedliwa? To jej sprawa, z kim się zadaje. Ktoś od ciebie mógłby mieć pretensje, że ty przyjaźnisz się ze mną.
Joanna skrzywiła się w minę „I tak wiem swoje”.
- Wiesz, że twój konflikt z Rose jest całkowicie bez sensu?
- A twój z Ibsenem?
- Rose mimo wszystko nie sugeruje, że masz zaliczenia tylko dlatego, że sypiasz z asystentami i wykładowcami. Nie, żebym się przejmowała. Dogadałaś się w końcu z Harry’m? – Lily przeszła na bezpieczny temat o tańcu. To była dobra decyzja.
Prawie do samego Boba artystka nie odzywała się. Joanna, zachęcona do gadania o tańcu, nie pozwalała sobie na żadne przerwy. Podróż pozwoliła na szczegółową relację z ostatniego turnieju tańca. Fotografka była w sowim żywiole. Skrytykowała sukienki uczestniczek, stwierdziła, ze jury faworyzowało jedną z par („Z pewnością ta rudowłosa zdzira poszła z sędziami do łóżka”), opowiedziała ze szczegółami cały swój układ do samby, a na koniec rozpływała się nad pudłem. Dla kogoś, kto nie skupia się na tańcu i turniejach, to ostatnie brzmi co najmniej bez sensu. Bo pudło to miejsce na podium.
Gdy w końcu zatrzymały się na Bulwarze Lincolna, Joanna własnie streszczała jak to fotograf na turnieju był strasznym amatorem. Lokal Boba znajdował się w idealnym miescu – blisko centrum, a jednocześnie wystarczająco daleko od szumu, gwaru i hałasu panującego tam. Budynek, w którym znajdowała się kawiarnia widocznie odcinał się od pozostałych, ale zdaniem Lily nadawało mu to specyfiki i sprawiało, że tego miejsca nie dało się zapomnieć. Był to parterowy, śnieżnobiały klocek, który na tle obskurnych kamienic i supermarketów wyglądał nader oryginalnie i pogodnie. Na działce rosły wysokie modrzewie i rozłożyste drzewa strefy śródziemnomorskiej. Nadawały przyjemnego, zielonego akcentu wśród szarości betonu i asfaltu.
Nazwa lokalu była dość trywialna, ale właściciel Bob Mason za nic w świecie nie chciał jej zmienić. Knajpa pochodziła z czasów, kiedy wszystkie lokale nazywano imionami właścicieli i jako jedna z niewielu utrzymała się na rynku z tą nazwą.
Teraz najczęstszą klientelą byli studenci z Uniwersytetu Kalifornijskiego, który znajdował się zaledwie kilka przecznic dalej. Nowy rodzaj klientów sprawił, ze kawiarnia potrzebowała gruntownego odnowienia. Kiczowatą tapetę zastąpiły ściany w ciepłym odcieniu fioletu, metalowe krzesła i stoliki zostały wymienione na czarne, skórzane fotele i mahoniowe blaty. Na każdym stole stała mała lampeczka. Ze ścian znikły podstarzałe i przeżarte przez mole dywany i trofea myśliwskie, a zawisły piękne czarno-białe zdjęcia studentów fotografii. Nawet jadłospis został zmieniony. Zamiast krwistych steków i tłustych hamburgerów, zamawiało się najróżniejszego rodzaju desery i sałatki.
Joanna na obchodne klepnęła Lily w plecy i dodała, że jak się upora ze zdjęciami, to wpadnie do Boba.
Malarka, pozostawiona sama sobie, weszła do kawiarni. Rozejrzała się. Kimberly Dray z pewnością nie było. Zresztą nie spodziewała się jej , bo było dosyć wcześnie. Tylko przy dwóch stolikach siedzieli ludzie. Przy jednym dwie, względnie znajomo wyglądające studentki, przy drugim stateczny jegomość czytający dzisiejsze wydanie lokalnej gazety i sączącego espresso. Ów jegomość zajął ulubione miejsce Lily – w kącie, którego prawie nie było widać. Musiała więc wystawić się na widok publiczny, siadając przy stoliku, połowicznie odgrodzonym przez parawan. Położyła pakunki i torbę z ubraniami na drugim fotelu.

____________________________________________________________________
No teraz się bardziej postarałam. Musiałam czymś zająć mózg, bo ostatnio pracuje na pełnych obrotach i jak jeszcze nigdy w życiu mam problemy z zasypianiem. A poza tym smutam bez powodu. Czy to już jesienna depresja? ;/

wtorek, 25 września 2012

6

Joanna często powtarzała, że Lily jest zbyt wybredna w wyborze chłopaków. To nie o to chodziło. Wygląd wcale nie był decydujący. Potencjalny partner musiał być po prostu intrygujący. A to, że takich jest już mało, nie było jej winą. Dziewczyna nie miała określonego ideału, gdyż pod niego ustawiałaby sobie każdego mężczyznę. Jakież byłoby rozczarowanie, gdyby okazało się, że idealny facet wcale nie jest idealny, tylko zostało dopowiedziane, że tak właśnie jest?
Pokrętna filozofia, ale pozwalała Lily wyzbyć się uczucia rozczarowania i rozgoryczenia. Brak związków i miłości oznaczał brak rozczarowań, ale tez samotność. Czyli jak to w dzisiejszych czasach: nie ma nic za darmo.
- Już się sfoszyłaś? - Zagadnęła ją Joanna.
- Nie, ale z tym kiszeniem ogóra stanowczo przesadziłaś.
- No, może troszkę. - Przyznała dziewczyna po chwili milczenia. Lily była prawie pewna, że Joanna powiedziała to tylko dla świętego spokoju. - Tylko że Lily, - Studentka fotografii zmrużyła oczy. - znamy się już trochę, a ja nie widziałam cię nigdy z żadnym facetem. Może ty jesteś homo?
Lily o mało nie upuściła torby z zakupami. Gdy minął pierwszy szok, wzięła głębszy oddech i powstrzymała się przed jakimś niekontrolowanym i spontanicznym walnięciem Joanny. W końcu odparła:
- Czy ty kiedykolwiek zastanawiasz się nad tym, co mówisz?
- Mówię to, co myślę. - Powiedziała rozbrajająco Joanna.
- To z myśleniem nie ma zbyt wiele wspólnego. - Odwarknęła malarka.
Przyjaciele teoretycznie powinni wspierać. A z Jo było różnie. Miała całkiem inne podejście do życia. Dla niej było po prostu zabawą, zlepkiem przyjemnych przeżyć. Dostawała wszystko, co chciała i nie musiała się o nic martwić. Co zresztą było widać - jej największymi problemami były auto w warsztacie i nieznajomość rozkładu jazdy.
Ich przyjaźń była naprawdę dziwna i pełna sprzeczności. Gdyby nie to, że Joanna narobiła sobie na uczelni mnóstwo wrogów, to pewnie nie zadawałaby się z Lily. Ale przecież artystka nie powinna narzekać. Bo w innym przypadku nie miałaby nawet do kogo otworzyć ust. No i Jo miała też zalety. Martwiła się o przyjaciółkę, nawet jeśli wyrażała to w inny sposób niż cywilizowani ludzie. Nie było wątpliwości, ze teraz też się martwiła, nawet jeżeli nie całkiem wychodziło jej delikatne zasugerowanie tego.
Ale Lily nie miała humoru na rozmawianie o swojej orientacji ani o stanie cywilnym.
Co do tego, że nie jest homoseksualna, była całkiem pewna. Już samo wyobrażenie by być z inną dziewczyną przyprawiało ją o przewracanie żołądka na drugą stronę. I nic nie zmieni tego stanu. Dotykanie jakiejś kobiety w sposób inny niż normalnie, był dla niej prawie odrażający.
- Jak w ogóle mogłaś pomyśleć coś takiego o mnie. Zdecydowanie NIE KRĘCĄ mnie dziewczyny. - Dała jasno do zrozumienia.
- A próbowałaś kiedyś tego? - Joanna spojrzała na przyjaciółkę. Lily stwierdziła, że jej towarzyszka wygląda dziwnie. Po chwili kontynuowała. - Jak możesz powiedzieć, że czegoś nie lubisz, skoro tego nie próbowałaś. To tak, jakbyś powiedziała, że nie lubisz sushi.
- Dobrze wiesz, że nie lubię mięsa.
- Nie lubisz czy nie chcesz jeść?
Lily nie odpowiedziała. Rozmowa zeszła na inny tor. Jej przyjaciółka miała w pewnym sensie rację.   Malarka nie jadła mięsa, bo kojarzyło jej się z bestialskim zabijaniem zwierząt, było to ugruntowane ideologicznie. Była wegetarianką i już. Nawet całkiem zapomniała jak smakowało mięso. Przyzwyczaiła się do swojej diety, która była częścią jej życia i jej samej.
- To nie ma żadnego znaczenia. - Odparła w końcu. - Przecież to nie ma żadnego związku - Wybuchła nagle. - Sałata to nie człowiek! W sałacie nie można się zakochać! Nie można złamać jej serca, sprawić przykrości! Albo jej pożądać! Lubić sałatę, a lubić człowieka, to dwie różne sprawy!
- Brawo! - Wykrzyknęła Joanna klaszcząc w dłonie. Lily w geście zapytania podniosła brew. - Lily, jesteś taka beznamiętna i powściągliwa. W końcu pokazałaś emocje. Nie ubyło cię? - Fotografka musiała się nieźle bawić, tłumacząc swoje zachowanie.
Blondynka doskonale wiedziała, o co chodziło jej przyjaciółce. Wszystko traktowała z rezerwą. Była chłodna i nieprzystępna. I to przyczyniało się do tego, że Lily nie miała zbyt wielu przyjaciół. Zawsze chowała się za maską zimnej i nieprzystępnej suki. Nie chciała tego na razie zmieniać. Bo nie miała żadnej motywacji, ani tym bardziej motywatora.
Do końca podróży Lily nie odzywała się. Miała w głowie mętlik. Została wyprowadzona z równowagi i wybuchła. Zachowała się okropnie w miejscu publicznym. I już nie chodziło o dziwaczne spojrzenia pasażerów autobusu. Nie lubiła, gdy coś wymykało jej się spod kontroli, a tym bardziej, gdy to była ona sama.
Autobus zatrzymał się i Lily wyskoczyła z niego jak poparzona. Po wzięciu kilku głębszych oddechów uspokoiła galopujące myśli.
- Lily, ja zapomniałam. - Odezwała się Joanna, kiedy do niej dołączyła. - Zapomniałam, że wy tego nie akceptujecie.
- Wy czyli kto? I czego nie akceptujemy? Joanna, przestań bawić się w zagadki.
- No wy, zacofanie katole nie akceptujecie odmieńców.
Znów to samo. Studentka fotografii wszem i wobec oznajmiała, że jest ateistką. Teoretycznie tolerowała wiarę innych, ale na każdym kroku lubiła wytykać absurdalność innych religii. Dla niej była to głupota, ograniczanie przyjemności cielesnych i uśmiercanie się. Jej pojęcie o wierze było bardzo stereotypowe. Wydawało jej się, że katolicy, zupełnie jak w średniowieczu, palą na stosie czarownice i heretyków. Nie potrafiła pojąć, że można prowadzić normalne życie i jednocześnie być wierzącym.
Co nie oznaczało, że taki czarnogród i nietolerancja nie działała też w drugą stronę. Lily często tego doświadczała. Ale po prostu milczała, gdy słyszała te wszystkie "świątobliwe" baby. Dawno przestała zwracać uwagę na takich ludzi, a także na niektórych księży, którym nie do końca podobały się jej liczne kolczyki w uszach i te kilka widocznych tatuaży. Kilka razy zdarzyła się sytuacja, że proboszcz nie pozwolił jej angażować się w jakieś akcje, bo był zdania, że jest zakamuflowaną satanistką. Żadne argumenty i kłótnie tego nie zmieniły. W końcu machnęła na to ręką. Bóg przecież nie patrzył na jej kolczyki i doskonale wiedział, co tak naprawdę ma w sercu.
- To moja sprawa - Zaczęła spokojnie - Nie toleruję tego, co złe i niewłaściwe. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę nieprzypadkowo, prawda? Nie dwóch mężczyzn albo dwie kobiety. I niejednokrotnie w Biblii potępiane są związki osób tej samej płci. Ale ja ciebie nie nawracam, więc bardzo cię proszę, szanuj moje poglądy.
- Mam nadzieję, że kiedyś zmienisz zdanie. - Joanna wzruszyła ramionami.
- Mam nadzieję, że nie.
Ruszyły chodnikiem, potem skręciły między w uliczkę między domem handlowym i jakimś niewysokim biurowcem. W zacienionej uliczce, obok małych kawiarenek, był sklep Kodaka. Przed jego wystawą stała dziwnie ubrana postać.
Lily uśmiechnęła się, rozpoznała bowiem tego osobnika, a raczej osobniczkę. Była to Marie z literatury. Miała grube, za ramiona, farbowanie na kasztanowo włosy. Nosiła się nie mniej dziwnie niż Lily: tunikowata koszula w bioało- czarne poziome pasy (całkowicie niefortunnie dobrana przy sporych gabarytach Marii), czarne rurkowate spodnie( nieszczęśliwie opinające masywne uda) i stare zdezelowane trampki w kolorze lekko spranej czerwieni. Gdy w witrynie sklepu zobaczyła odbicie dwóch studentek, odwróciła się i wykrzyknęła:
- Czeeeeść!
Potem, swoim zwyczajem, poprawiła kujonowate okulary grubym, krótkim palcem wskazującym, zakończonym, pomalowanym na czarno paznokciem.
Marie była bardzo specyficzną osobą. Mimo nienajlepszej figury, zaskakiwała wszystkich pewnością siebie. Ponad to miała tak wszechstronne zainteresowania, że potrafiła znaleźć wspólny język praktycznie z każdym. Była niewątpliwie zwariowana, spontaniczna i rozchichotana. I przy tym wszystkim cholernie inteligentna. Miała tylko jedną słabość: uwielbiała się rozpływać nad urodą wielu wokalistów.
Lily lubiła ja, ale nie uważała Marie za przyjaciółkę. Ta bowiem posiadała tylu znajomych, że z żadnym nie potrafiła się bliżej zaprzyjaźnić. I czasem miała za długi język. Ale na rozmowę o książkach, filmach i muzyce nadawała sie w sam raz.
- Co tam? - Zagadnęła je.
- Przyszłaś z Rose? - Zapytała nadzwyczaj chłodno Joanna. Wyznawała zasadę, że przyjaciel mojego wroga jest moim wrogiem. A o tym, że Jo i Rose to dwie najbardziej nienawidzące się dziewczyny na uczelni, wiedział prawie każdy.
- Z Rose, Natalie, Joshem, Frankiem i... - Marie wyliczała na palcach grupkę znajomych, z którymi przyszła. - Ale reszta siedzi w kawiarni. Ja sobie chciałam popatrzeć na sprzęt. Czasem tak sobie myślę, by mieć taką lustrzankę i popykać zdjęcia.
- Gdyby tak sama lustrzanka w cudowny sposób potrafiła zrobić z byle tłoka fotografa... - Mruknęła pod nosem Joanna. - Ja, ten, kupię yyy.. - Odezwała się głośno i wskazała drzwi sklepu. Chciała jak najszybciej uniknąć wątpliwej, według niej, rozmowy z Marie.
- Jasne - Przerwała jej szybko Lily.
Gdy tylko drzwi za nią się zamknęły, Marie znów poprawiła okulary i podbródkiem skazała na pakunki w rękach Lily.
- Szykuje się jakiś większy projekt, co?
- Ta, portret. Jako praca semestralna. To musi być naprawdę coś. Ale mam problem, bo kompletnie nie wiem kogo przedstawić. Wiem, że Joanna marzy, bym namalowała jej portret. Tylko, że chciałabym namalować coś innego, Jo tyle razy już mi pozowała do szkiców.
- A myślałaś nad kimś innym?
- Chciałabym namalować mężczyznę, ale to raczej niemożliwe, by ktoś chciał mi pozować. Mogłabym w prawdzie malować z głowy albo ze zdjęcia, ale wiesz... Praca semestralna nie może być zrobiona na odwal.
- Co za problem zgarnąć kogoś z ulicy? - Marie przyglądała się obiektywom na wystawie.
- Chciałabym kogoś niezwykłego, no nie wiem, z nietypową twarzą. Kogoś niesamowitego i specyficznego.
- Mam! Wiem, kogo możesz namalować! - Wykrzyknęła Marie.
Lily, szczerze zainteresowana spojrzała na rozmówczynię.

___________________________________________________________________
I znowu dałam ciała, bo miało być wcześniej, więcej i w ogóle. Ale mam trochę zawirowań, a nawet momenty, w których myślałam, by całkowicie porzucić pisanie czegokolwiek. Takie uczucie, że to, co piszę, jest kompletnie bezwartościowe i bez sensu, a ponad to kaleczy literaturę samą w sobie. Ale zmieniłam zdanie. Zaczęłam czytać "50 twarzy Grey'a" i skoro ta babka może kaleczyć literaturę i zgarniać dodatkowo za to kasę, to co ma mnie powstrzymać. I oto jest. Rozdziały nadal nie mają porywającej akcji, ale to dlatego, że chciałam lepiej zarysować postać Lily, jak ukształtowała się jej psychika i przekonania, co miało na to wpływ i jak się zachowa w obliczu wielu nowych doświadczeń. Dodam tylko, że będzie musiała trochę się nad sobą zastanowić.
I jeszcze jedna uwaga, poglądy Lily ukazane w tym rozdziale całkowicie wymijają się z moimi, i wbrew temu, co uważa moja przyjaciółka, która to czyta, Grey wcale nie utożsamiam ze sobą. Moim literackim odbiciem mnie jest, ekhm facet z mojego drugiego opowiadania, które zbliża się ku końcowi, ale jak komuś się chciało w nie zagłębić, to można je znaleźć tutaj:http://pomarancze-w-futerale.blogspot.com/.
A teraz nie zrzędzę, tylko zapraszam do komentowania  ;)