wtorek, 9 kwietnia 2013

13


        Przed drugą w nocy studentka fotografii chwyciła przyjaciółkę i wydukała:
- Niedobrze mi.
         Lily podniosła towarzyszkę i odprowadziła ją do łazienki, wspólnej dla obu płci. Przeczuwając, że Joanna będzie wymiotować, pochyliła ją nad umywalką. Po chwili całe pomieszczenie wypełniły odgłosy zwracania zawartości żołądka. Niewiele później Joanna wyprostowała się.
- Już? Mam nadzieję, że nie będziesz więcej pić. – Lily spojrzała krytycznie na przyjaciółkę.
- Na dziś wyst... – Joanna nie zdążyła nawet dokończyć, gdy kolejna treść powędrowała jej pod gardło i porcja śmierdzących kwasem solnym wymiocin chlusnęła wprost na Lily.
- Jezu Chryste! Joanna! – malarka krzyknęła histerycznie. Odsunęła dochodzącą do siebie Thomson  i przysunęła się do jednej z umywalek, by zmyć z siebie tę wątpliwą ozdobę.
-Wieeesz? Jesteś słodka...
- Tak, jak cukiereczek. – odparła Lily stojąc do Joanny tyłem i wycierając sukienkę.
- Nigdy bym cię nie podejrzewała o coś takiego. – głos brunetki stawał się coraz bardziej figlarny.
- O co?
- No wieeeesz...
- No nie, nie wiem!
- Nie ma się czego wstydzić! – Joanna dotknęła Grey całkowicie nie w taki sposób, jaki powinna.
- Dajże już spokój z tymi wygłupami! – blondynka była już zbulwersowana.
         Przestała czyścić swoją garderobę i stanęła twarzą w twarz z przyjaciółką. Ta przyciągnęła ją do siebie i przycisnęła usta do warg Lily. Malarka chciała odskoczyć jak od ognia, ale Joanna była silniejsza. Trzymała ją mocno i całowała coraz natarczywiej.
- Odsuń się ode mnie! Co ty wyprawiasz?
- Sama mi to zasugerowałaś. Sposób, w jaki bujasz biodrami w jeansach...
- To tylko głupie słowa piosenki! Myślisz, że to było o tobie?
- Lily, pozwól, że cię zaspokoję... – Joanna zrobiła krok w jej stronę. Lily wcisnęła się w lukę między umywalkami; nie miała żadnej drogi ucieczki.
         Thomson przycisnęła ją do ściany, a wolną ręką sięgnęła pod sukienkę Grey, do jej rajstop. Malarka szarpała się i wiła, ale nie miała żadnych szans z wyższą o pół głowy i silniejszą czarnowłosą. Powoli osunęła się na podłogę.Przerażona nie zauważyła, że po policzkach ściekały jej łzy. Zaciskała ramiona wokół klatki piersiowej, gdy Joanna zsuwała z jej nóg rajstopy. Lily zrobiło się niedobrze. Chciała krzyczeć, ale głos zamarł jej w krtani. Osunęła się na podłogę, kuląc i ściskając jak najmocniej uda. Cichy szloch przerodził się najpierw w jęk, a potem w histeryczny krzyk.
- Joanna zostaw mnie! Słyszysz?! Nie dotykaj! Pomocy!!!
         Jej krzyki zostały zagłuszone muzyką. To koniec, pomyślała. Prawie dusiła się, czując na swoim ciele dotyk Thomson. Obraz przed jej oczami rozmazywał się, a w głowie na przemian huczało i wyło. Joanna złożyła na jej ustach jeszcze jeden śmierdzący pocałunek.
         Wtedy drzwi się otworzyły. Lily nie widziała, kim był jej wybawiciel. Odciągnął studentkę fotografii i podniósł na równe nogi. Grey rozpaczliwymi szarpnięciami poprawiła sukienkę i rajstopy. Dalej pochlipując wciskała głowę między ramiona i pragnęła pozostać w takiej pozycji już do końca świata. Tymczasem czarnowłosa szarpała się jak tylko mogła. Na szczęście nie wyrwała się z uścisku wybawcy. Rzucała w stronę nieznajomego obelgi i przekleństwa. Nagle ucichła.
         Lily niepewnie uniosła wzrok i zaraz tego pożałowała. Była świadkiem sceny totalnie żenującej. A mianowicie widziała, jak Joanna wymiotuje na (z pewnością drogie) spodnie Davey’ego Havoka, który to trzymał ją za nadgarstki. W tej sytuacji świat się skończył, a malarka pragnęła tylko zniknąć. Od dawna nie doznała takiego upokorzenia. Całą ją wypełniało obrzydzenie do samej siebie i do Thomson. Gdyby nie Havok z pewnością doszłoby do nieszczęścia. A skutków tego wydarzenia Lily nawet nie chciała sobie wyobrażać.
         Lecz na szczęście, a może i nieszczęście David zjawił się i ją uratował. Tylko czemu musiała go spotykać w sytuacjach, gdy jedyne, co pragnęła, to zapaść się pod ziemię.
         Drzwi pojawiły się ponownie, ukazał się w nich Anton. Oniemiały, patrzył na tę niecodzienną scenę. Dostrzegł Lily wciskającą się w ścianę pod umywalką i przyklęknął przy niej, próbując ją objąć. Dopiero wtedy Grey poczuła, jak bardzo drży.
         Joanna zaczęła się uspokajać. Z wyrazu jej twarzy można było odczytać, że powoli do niej docierało, co zrobiła. Havok korzystając z okazji, że wszyscy są zajęci czymś innym, a uwaga nie skupia się na nim, ulotnił się bez słowa.
- Lily... – Joanna cicho zaczęła ze skruszoną miną.
- Nawet... Nawet nic nie mów.. – Grey szepnęła, podnosząc się z płytek. Cała łazienka wyglądała jak po przemarszu wojsk-
- Masz – Anton w tym czasie rzucił w stronę Joanny papier toaletowy. – Bo wyglądasz jak świnia. Lil...? – odwrócił się zaskoczony, widząc, że malarka miała chęć wyjść po angielsku. – Daj spokój, przecież cię odprowadzę.
- Nie chcę z nikim rozmawiać. Ani na nikogo patrzeć. – powiedziała, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Jedyne czego chciała, to uciec z tego przeklętego miejsca jak najszybciej.
         Przemknęła szybko przez klub, nie żegnając się z nikim. Przy wyjściu zatrzymała się. Powinna podziękować Havokowi za ratunek i przeprosić za Joannę? Czy może lepiej by było, gdyby raz na zawsze zniknęła mu z oczu? Nie zauważyła go w klubie. Czyżby już opuścił to felerne miejsce? Nie dziwiła mu się wcale. Sama chciała zrobić to samo.
         Zapomniała tylko o jednej rzeczy. Był środek nocy. Ulica, choć pusta, nie zachęcała do spacerów. Usłyszała za sobą szelest i kroki. Zrobiło jej się duszno, choć na dworze panował lekki chłód. Miała trudności z oddychaniem, a całe ciało spięło się, tylko czekając, z której strony padnie atak. Serce waliło jej jak szalone i prawie słyszała słowa przerywające ciszę: „Marty, spójrz, jakaś malutka dziewczynka wraca do domku całkiem samiutka. I chyba się zgubiła. Może odprowadzimy ją, za małą, maleńką przysługę?” W uszach dźwięczał jej ohydny, obleśny śmiech. Nogi trzęsły się jak osika na wietrze, a oczy ponownie nabiegły łzami.
- Przepraszam, czy coś się stało? – męski głos, całkiem inny od głosu towarzysza Marty’ego, wyrwał ją z omamów. Spojrzała za siebie. To znowu on. Davey Havok. Czy on się na nią uwziął?
- Po prostu zrobiło mi się trochę słabo – Lily zacisnęła usta. – Ja... – urwała. – chciałam podziękować i... i przeprosić. To było...
- To było nic takiego. Każdy by tak zareagował.
- Dziękuję. – zamilkła. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Najchętniej puściłaby się biegiem i uciegła. Gdyby nie fakt, że jest tak strasznie...
- Wraca pani do domu? – mężczyzna przerwał ciszę.
- Tak.
- Sama? Odprowadzę panią.
- Dziękuję – zazgrzytała zębami. Trzeci raz w ciągu minuty odpowiedziała „dziękuję”. Czuła się jak jakaś niepełnosprawna umyłsowo, którą nie stać na wyduszenie z sibie wiecej słów. – Wystarczająco się pan dla mnie nadwyrężał.
- Nalegam. To żaden kłopot. Ulice nie są zbyt bezpieczne. Nawet jeśli to tylko Berkeley.
- Coś o tym wiem. – Lily przygryzła policzek. W każdej innej sytuacji byłaby zachwycona takim „ochroniarzem”, ale teraz zdawało się, że to tylko utrudniało całą sprawę.
- Poza tym – uśmiechnął się – Jaki sens miałoby ratowanie pani, skoro teraz padłaby pani ofiarą jakichś wątpliwych indywiduów? – uniósł brwi i czekał, że Lily wskaże mu drogę, którędy ma iść.
         Dziewczyna, nie wiedząc, co odpowiedzieć, ruszyła wzdłuż 7th Street. Usłyszała kroki Havoka. Nie chodziło o to, że się jakoś panicznie stresowała, bo przecież nigdy się w nim nie podkochiwała czy coś. Ale spotykając swojego ulubionego wokalistę pragnie się zrobić jak najlepsze wrażenie. A Lily nie dość, że pierwsze wrażenie miała złe, to kolejne były jeszcze gorsze. Dlatego tym bardziej dziwiło ją zachowanie Davey’ego. Mimo tych wszystkich żałosnych zdarzeń i sytuacji zagadał do niej i zaproponował odprowadzenie. Czyżby wraz ze zmianą image’u zamienił się w gentlemana? A może czegoś od niej chciał? To było co najmniej dziwne. Spojrzała na niego, gdy już się z nią zrównał.
- Pani przyjaciółka... – David popatrzył na nią badawczo. – Jest bardzo... WYLEWNA.
         Grey cicho parsknęła pod nosem. Nawet w tak absurdalnej i opłakanej sytuacji nie mogła powstrzymać śmiechu. A może właśnie dlatego? Nic innego poza śmiechem jej już nie zostało. Przez dwuznaczność sensu wypowiedzi Lily nie była do końca pewna, czy chodziło mu o wymioty, czy też o nachalne okazywanie względów?  A może o oba?
- Tak, nie da się ukryć.
         7th St wydawała się być całkowicie opuszczona. W oknach nie paliły się żadne światła, nawet psy nie szczekały, jakby nie chciały przerywać ciszy. Tylko z oddali dochodził szum pojedynczych samochodów sunących University Ave. Na skrzyżowaniu z Delaware Street pojawił się pojazd.
         Ku przerażeniu Lily, wóz zatrzymał się niedaleko nich. Dziewczyna usłyszała podniesione, bełkotliwe głosy kilku mężczyzn. Tętno zaraz przyspieszyło.
- Ej Mark, widzisz? Ta dupa wygląda prawie jak ta suka Grey!
- Gdzie? – tylna szyba powoli się opuściła i malarka ujrzała w świetle latarni twarz Ibsena. Po plecach przebiegł jej dreszcz. – Curt, nie pieprz! Tamta szmaciara? W towarzystwie faceta? Na szpilkach? W sukience? O drugiej w nocy poza domem? Aleś mnie rozśmieszył. Weź nie pierdol i jedź!
         Ledwie jego twarz zniknęła za przyciemnianą szybą, samochód ruszył z piskiem. Lily jęknęła. Od jakiegoś czasu życie nie dostarczało jej zbyt wielu wrażeń. Dzisiejszej nocy nagle sobie o tym przypomniało i postanowiło z nawiązką nadrobić zaległości. Wyzwiska Ibsena sprawiły, że blondynka poczuła się zmieszana z błotem. Ta pogarda w jego głosie, jakby była kimś gorszym, jakimś podczłowiekiem, tylko dlatego, że nie ulegała modzie na rozwiązły i bezmyślny tryb życia. Nie jestem przecież jakimś brudasem, pomyślała, by chwilę później zwiesić ramiona. Chodząc w obrzyganej sukience raczej trudno jest deklarować, że nie jest się brudasem. Nie! Nie! Nie! Jestem wartościową kobietą, sto razy lepszą od nich! Otrząsnęła się z ponurych myśli.
         Havok omylnie zinterpretował jej drżenie. Ściągnął marynarkę i podał ją dziewczynie.
- Co za nietakt! Proszę mi wybaczyć. – wyszczerzył się.
- Ależ co pan? Ja jestem cała... – spojrzała na swoją sukienkę.
- No cóż, ja też – wpadł jej w słowo. – Jeśli się pani rozchoruje, to nie wybaczę sobie tego. I pani też.
- Czyli nie mam wyjścia? – Lily wciągnęła na siebie okrycie. Rozkosznie pachnące i przyjemnie rozgrzane. Grey powstrzymała się od maślanego uśmiechu.
- To miasto schodzi na psy – David wskazał brodą kierunek, w którym odjechał samochód z kumplami Ibsena. – A wydawać by się mogło, że w uniwersyteckim mieście panuje choć minimalna kultura.
- W ich przypadku nawet czegoś takiego nie da się wymagać. – Lily przewróciła oczami. Sama była tym zszokowana na pierwszym roku. Środowisko studentów kierunków artystycznych bardzo ją rozczarowała. Oczekiwała bardziej „uduchowionych” ludzi. A dostała bandę bananowych dzieci.
- Czyli zna ich pani?
- Niestety. Jeden z nich ze mną studiuje.
- Czyli pani studiuje. Jaki kierunek?
- Malarstwo i grafikę.
- I podobają się pani studia?
- Bardzo.
         Davey pokiwał głową w zamyśleniu. Była ciekawa nad czym się zastanawiał, kiedy nagle odwrócił głowę i spojrzał na nią, lekko unosząc brwi.
- Właśnie zdałem sobie sprawę, że podkradłem pani piosenkę w klubie. Nie ma pani nic przeciwko?
- Kto jak kto, ale pan ma do niej chyba największe prawa. – Grey uśmiechnęła się niepewnie, a on parsknął.
- Rzeczywiście.
- A pan?
- Co ja?
- Co pan robi w Berkeley? – chwilę po zadaniu pytania dziewczyna ugryzła się w język. Przecież to jego prywatna sprawa! Co jej do tego?
- Szukam inspiracji.
- Z jakim skutkiem? – starała się, by jej głos brzmiał jak najbardziej obojętnie. Przecież to tylko niewinne, niezobowiązujące pytanie.
- Z opłakanym – mężczyzna machnął ręką ze zrezygnowaniem. – Marnuję czas na szwędanie się i odwiedzanie po kolei knajp w tym mieście. Coś tam zapiszę, ale to aż wstyd, żeby komukolwiek pokazywać.
         Lily nim się obejrzała, szli już Camelie St. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kroków i dom jej ciotki na Kains Ave. Z jednej strony już chciała się wykąpać i pójść spać, z drugiej, mimo że nie była zapewne porywającym rozmówcą, z chęcią porozmawiałaby z Davidem dłużej. Gdyby tylko nie ograniczały ich te życzliwości i zwroty „pan – pani”.
- Mogę zadać pani niedyskretne pytanie?
________________________________________________
Trzynastka zdaje się być pechowa dla Lily. ;)
No i tak jak mówiłam, długo mnie nie było. Ale to i tak nie koniec studiowanego wariactwa. Wręcz początek. Od jutra po prostu będzie masakra. Jeżeli nie umrę w przyszłym tygodniu, to już w ogóle będzie cud. ;) I na dodatek postanowiłam sobie zmienić nawyki żywieniowe i zacząć ćwiczyć. 
Czekam na komentarze, bo mam nadzieję, że takiego zwrotu akcji się nie spodziewaliście ;P

sobota, 16 marca 2013

12


Wyrazem tego, że Joanna odwaliła kawał dobrej roboty, była mina Antona, gdy zobaczył obydwie przed klubem. Przez dłuższa chwilę miał otwarte usta i nie mógł wykrztusić ani słowa.
         Swoją drogą wystrojony w dopasowane jeansy i koszulkę z krzykliwym napisem Anton prezentował się także całkiem nieźle prezentował. Przez to, że ciągle widywała go w roboczym uniformie, Lily całkiem zapomniała, jak jej przyjaciel wyglądał po pracy.
- Chodź tu, jubilatko. – Zaśmiał się i wyciągnął ręce w jej kierunku. Po czym parsknął – Chciałem cię wyściskać, ale boję się, że zepsuję twój imidż. To co, wchodzimy?
         W lokalu nie było zbyt wielu gości. Sam klub wyglądał inaczej niż wyobrażała to sobie Lily. Miała nadzieję, że będzie podzielony na kilka mniejszych boksów, w których stałby sprzęt do karaoke. Grupki znajomych śpiewałyby w swoim towarzystwie. Tymczasem była tylko jedna podwyższona scena, na której stały mikrofony, a na podłodze ciągnęły się kable. Na ścianie obok wisiał ekran, na którym wyświetlano napisy. Po przeciwnej stronie klubu znajdował się bar. Bezpośrednio pod sceną wyodrębniono przestrzeń do tańca. W reszcie lokalu rozstawiono brązowe, skórzane kanapy. Ogólnie w całym klubie panowały odcienie brązu i zieleni.
         Trójka znajomych usiadła na jednym z mebli, przy niskim stoliku. Joanna, widząc niepewną minę przyjaciółki, pochyliła się w jej stronę.
- Zastanawiam się – Odezwała się Lily, zanim Jo powiedziała cokolwiek. – na czym polega śpiewanie tutaj. Skoro jest tylko jeden sprzęt do karaoke.
- Dlatego jest tu tak fajnie. Wszystko odbywa się tutaj na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy. Każdego dnia jest inny zestaw piosenek, są puszczane losowo i jeśli jakąś znasz albo jeśli po prostu masz ochotę śpiewać, to po prostu podchodzisz i robisz show. Niekiedy trzeba lecieć naprawdę szybko, by zaśpiewać coś fajnego. Chcecie coś do picia?
-Piwo.
- Wodę. – Odparła Lily.
- Chyba chciałaś powiedzieć wódę. Czyli dwa drinki i piwo.
         Joanna złożyła zamówienie i wróciła do stolika.
-Trochę tu drętwo, ale to tylko kwestia czasu. – Studentka fotografii rozejrzała się po klubie.
         Gdy przyniesiono drinki, Lily chwyciła swój z lekką dozą niepewności. Przyczyna była prosta, Grey piła bardzo rzadko, prawie nigdy. A jeśli już do tego doszło, to zdarzyło jej się to wieki temu. Wahała się chwilę, patrząc na mleczne zabarwienie zawartości kieliszka. Po chwili jednak mruknęła pod nosem: a co mi tam. Była przecież pełnoletnia i w dodatku chciała się zabawić.
- To za naszą Lily! – Zawołał Anton, unosząc kufel z piwem. – Za naszą artystkę. – Z ukontentowaniem upiła kilka łyków złotego płynu.
         Malarka, naśladując Joannę wychyliła całego drinka. Napój pachniał kokosami i tak właśnie smakował. Posmak alkoholu nie był wyczuwalny na początku. Dopiero po chwili Grey poczuła pieczenie w gardle i przełyku. Lekko nią wstrząsnęło, ale nie odczuła większych zmian.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy! – Dziewczyna usłyszała znajomy głos.
         W drzwiach, na czele grupki ludzi, stała Marie Woods. Zaraz za nią był Michael – przypominający pociesznego miśka chłopak, Rose – wróg Joanny z urodą Keiry Knightley, Meg – dziewczyna z roku Lily, z rozczochranymi ciemno blond lokami. Reszty osób Lily nie znała.
- Trochę tu za cicho. – Skrzywiła się Rose. Nie wyglądała na zadowoloną.
- Właśnie miałam rozkręcać imprezę. – Joanna wstała i zawołała. – Panie DJ, proszę o jakiś wyczesany kawałek!
         Z głośników popłynęły pierwsze nuty piosenki, ale zanim Joanna weszła na scenę, Marie już trzymała pewnie mikrofon. Nic dziwnego. Leciała przecież piosenka Green Day – Basket Case.
         Reszta jej towarzystwa zajęła miejsca na innych kanapach, a Meg zamówiła drinki. Marie momentami fałszowała niemiłosiernie, ale wydawało się, że nic i nikt nie odbierze jej frajdy ze śpiewania.
         Po godzinie, gdy stężenie alkoholu w żyłach wszystkich stanowczo przekroczyło dopuszczalną normę, impreza wrzała aż miło. Kilku nieznajomych postawiło Joannie drinki. Zachęcił ich do tego, zmysłowy taniec Thomson.
         Lily, która znała większość puszczanych do tej pory piosenek, nabrała pewności siebie. Przysiadła się razem z Antonem do stolika Marie i prowadziła dyskusję z jej znajomymi. Ze zgrozą stwierdziła, że niesprawiedliwie oceniła tych ludzi. Meg, na przykład, którą uważała za przedstawicielkę Beverlyhillowiczek okazała się całkiem w porządku. Dodatkowo odkryła, że Stuarts parokrotnie spoglądała w kierunku Antona. Czyżby wpadł jej w oko?
         Po kolejnej godzinie klub bawił się w jednym tempie. Lily jeszcze nigdy nie poznała jednego wieczoru tylu osób. Tańczyła z różnymi facetami, nie wiedząc nawet, jak się nazywają. Świat wirował dosłownie i w przenośni. Zarumieniona od tańca. Grey wychylała kolejne drinki, wznosząc kolejne toasty.
         Joanna królowała zarówno na parkiecie jak i na scenie. Lily zauważyła, że jej przyjaciółka miała najczystszy i najsilniejszy głos ze wszystkich, którzy już śpiewali.
         Po brawurowym wykonaniu piosenki AC/DC, Thomson wyciągnęła artystkę na scenę. Z tej perspektywy klub wyglądał całkiem inaczej. Wszystkie oblicza były zwrócone w jej stronę. Gdyby nie szumiący w głowie alkohol, pewnie spanikowałaby i uciekła z podestu. Lecz kiedy usłyszała pierwsze dźwięki piosenki i na ekranie ujrzała wyświetlane wersy, cały lęk z niej spłynął. Podczas przygrywki pewnie kiwała głową w rytm muzyki. Chwyciła za mikrofon i nie spoglądając na tekst zaczęła śpiewać.
- Chcę być w pełni jak ty, twój swobodny, pełen wdzięku wygląd, który sączy się z każdego twojego pora. Na nic tu logika. Chcę się z tobą wykąpać i zmazać chaos z mojej skóry.
         Tłum dygał w spokojny rytm piosenki Placebo „I do”. Głośna muzyka spowodowała, że nikt nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Jedynie Lily, która stała wyżej i miała na nie doskonały widok, mogła zauważyć, kto właśnie wszedł do klubu.
         Los ponownie zadrwił z niej, do w progu ukazał się nie kto inny, tylko Davey Havok. Ten sam, którego miała nadzieję już nigdy więcej nie spotkać. Jednakże w tym momencie, gdy drinki robiły wodę z jej mózgu, Lily wcale się tym nie przejmowała. Kiedy pochwycił jej spojrzenie, uśmiechnęła się i kontynuowała zwrotkę:
- Chcę się w tobie zakochać. Zatem, jak zaczniemy?
         Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się i delikatnie uniósł jedną brew. Zupełnie jakby rozważał propozycję zawartą w ostatnim wersie. W przerwie między strofami Lily oblizała usta i wyszczerzyła zęby.
- Chcę być dziewczyną taką jak ty. Sposób, w jaki bujasz biodrami w jeansach. Chcę nakładać makijaż jak ty, Shiseido, MAC i Maybelline. Chcę z tobą namalować miasto i łaskotać się aż zaczniesz krzyczeć. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”.
         Tekst był banalny i całkowicie nie pasował do głębokich i tragicznych rozważań typowych dla Placebo. I choć Lily szczególnie za nim nie przepadała, to stojąc na scenie, wkładała całe serce w ta piosenkę i czuła ją całą sobą.
- Chcę być w pełni jak ty. To, jak się uśmiechasz rozjaśnia pokój. Wycofam się, kiedy faceci będą z tobą flirtować, pozostanę odporna na zazdrość. Ta pewność we mnie i w tobie. Ta nadzieja, że razem zakwitniemy. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”. Pytanie, czy ty też?
         Wraz z momentem końca piosenki, Lily poczuła jakby wybudziła się z jakiegoś transu. Zamrugała parokrotnie i wreszcie dostrzegła parkiet pełen ludzi, którzy wiwatowali i skandowali jej imię. Chwiejnym krokiem zeszła z podestu.
- To było niesamowite! – Wykrzyknęła Marie, chwytając dziewczynę za ramiona i potrząsając nią.
- Choć czasem było nieczysto. – Joanna nie była tak rozentuzjazmowana jak reszta. Woods odepchnęła ją z lekceważeniem i zaprowadziła Grey do swoich znajomych.
- Nie wiedziałam, że słuchasz Placebo? – Zaraz zagadnęła ją Meg.
- Zdarza mi się. – Lily opadała na kanapę. – Raz nawet pomalowałam się jak Brian. – Zaśmiała się głośno. – Pierwszy i ostatni raz.
- Dlaczego?
- Jak moja matka mnie zobaczyła, to odeszły jej wody i zaczęła przedwcześnie rodzić. – Grey rechotała się jak dzika, waląc pięścią w kanapę.
         Ludzie nie wiedzieli, jak zareagować na ten wyraźny przejaw upojenia alkoholowego Lily, a tymczasem mikrofon ponownie okupowała Joanna. Dała pokaz wszystkich swoich możliwości wokalnych śpiewając piosenkę Queen. Można było odnieść wrażenie, że chciała pokazać, że wykonanie Lily to tylko małe piwko w porównaniu z jej wykonem. Nie uszło to uwadze Antona.
- Dlaczego ona zawsze musi być skupiona tylko na sobie? Nie może znieść, że choć raz przyciągasz więcej uwagi niż ona? Szczerze, jej czysty śpiew może jest imponujący, ale w twoim wykonaniu piosenka po prostu miała duszę. Czuło się ją. Dosłownie chciało się zakochać. I udzieliło się to wszystkim. Było magiczne.
- Anti, może podaruj sobie na razie kolejkę, co? – Lily klepnęła go w ramię. Doskonale widziała zachowanie Joanny, ale bezsensowne byłoby roztrząsanie tego i prowadzenie wojny na piosenki.
- Wypij z nami! – Stuarts objęła ramieniem szyję dziewczyny. Malarka odniosła wrażenie, że Meg usilnie stara się pokazać, jak świetnie się bawi, zrobić na złość swojej byłej przyjaciółce, która siedziała, wciśnięta w róg kanapy.
- Chyba mi już wystarczy.
- Z nami nie wypijesz? – Krzyknął kompletnie pijany Michael.
- Za Placebo nie wypijesz? – Wtórowała mu Marie.
- Ok, ok. Ostatni raz. – Lily pochwyciła podany jej kieliszek.
         Po opróżnieniu naczynia artystka zanotowała, że to była jej absolutna granica wytrzymałości alkoholowej. Świat nie tylko wirował, ale także rozmazywał się i pulsował. Dlatego zaprzestała pogowania pod sceną i zagłębiła się w konwersację z Antonem, Marie i Meg.
         Około północy, gdy właśnie wrzała dyskusja nad sensem powstawania kolejnej części „Piratów z Karaibów”, do uszu Lily doleciały znajome dźwięki. Znaczy intuicyjnie, wewnątrz poczuła, że to jest to, zanim umysł zinterpretował sygnał. A był to kawałek AFI – „Medicate”. Wymieniła sugestywne spojrzenie z Marie, po czym w tej samej chwili co ona podniosła się z kanapy.
- Ja to śpiewam!
- Nie! Ty miałaś Placków!
- Ale dziś są moje urodziny! – Przekomarzały się radośnie, przytrzymując jedna drugą, by być od niej szybsza.
- A wiesz ile mnie to obchodzi! – Marie odwróciła głowę i wyszczerzyła się. Była kilka metrów przed Lily. Lecz gdy dotarła do tłumku otaczającego scenę, stanęła jak wryta. Grey miała nadzieję, że okularnica jednak postanowiła jej ustąpić i pozwolić zaśpiewać „Medicate”.
         Kiedy stanęła obok niej, zrozumiała, jak bardzo się myliła. Przy mikrofonie stał już ktoś inny. Ktoś, o kim Lily zupełnie zapomniała przez ten czas. Tak, to Davey Havok przygotowywał się, by zaśpiewać własną piosenkę. Dziewczynę totalnie zamurowało. Była pewna, że to nie dzieje się naprawdę. Dopiero charakterystyczne dla piosenek Davey’ego „Och” pozbawiło ją złudzeń. Żywy, wystrojony w ciemną dopasowaną koszulę Havok stał przed nią zupełnie jak podczas koncertu.
         Marie wcześniej wybudziła się z transu. Klepnęła Lily mocno w plecy i zaczęła tańczyć. Malarka zaraz do niej dołączyła. Razem z Davidem śpiewały kolejne wersy. Havok także czuł się jak ryba w wodzie. Podrygiwał i wczuwał się w tekst.
- Teraz, gdy gubimy się w tym i ignorujemy, że nawet nie znasz mojego imienia....
- Oj znasz, znasz! – Marie krzyknęła do ucha Lily.
- Nigdy nie byłaś moja, więc byłaś idealna... – Przez ułamek sekundy Davey obdarzył Lily jednym ze swoich, powodujących galaretowatość nóg spojrzeń. Może to tylko złudzenie, lecz jej wydawało się, że była to odpowiedź na jej wcześniej rzuconą propozycję.
- Kocham te jego oczyska! – Marie popiskiwała jak stuprocentowa groupie.
         Po wykonaniu piosenki Davey, jak gdyby nigdy nic, zszedł ze sceny i wmieszał się w tłum. Pijane towarzystwo było tak znieczulone, że nawet nie zanotowało obecności wśród nich takiej gwiazdy. A może po prostu go nie kojarzyli.
         Tak właśnie zachowywała się Joanna, która była już tak pijana, że bełkotała niezrozumiale.
- Tsałkem nieźle śpiewał ten fatset. Ale skąt on się wziął? S choinki się urwał tszy so?
- Jo, na dziś wystarczy. Zdecydowanie.
         Podczas gdy Lily użerała się z przyjaciółką, grupka Marii zbierała się do wyjścia. Wszyscy, poza Rose, która przez cały wieczór siedziała naburmuszona, pożegnali się z trójką przyjaciół. Lily i Anton zaczęli trzeźwieć, a Joanna, nie bacząc na prośby i groźby Grey, wlewała w siebie kolejne porcje alkoholu.
         Kwestią czasu było to, co się stało. 

_______________________________________
No ostatnimi czasy, to nawet często tu coś wrzucam. Bo jak się coś dzieje, to i opisywać się chce ;) Mam brak transferu, więc tym razem nie dodałam odnośnika do teledysku do Medicate. Znajdźta se sami ;P Ale za to nieźle naszukała się ładnego tłumaczenia "I do", bo to na tekstowie do mnie nie przemawiało. A jak już wlazłam na forum o Plackach, to siedziałam godzinę. Także taka pora dodania posta, to wina Placków, nie moja. Kurczę, naprawdę ich lubię, skoro pojawiają się także i w tym opowiadaniu ;). Co prawda ta piosenka za Placebowa zbyt nie jest, ale naprawdę pasuje do kontekstu. Jest taka niewinna i naiwna. I nieźle się kontrastuje z Medicate. No i ma wpływ na wydarzenia, bliższe i dalsze. No ;D
To do następnego, który w sumie może nie być tak szybki jak to było ostatnio, bo na moim horyzoncie pojawiają się koloski z chemii fizycznej, analizy instrumentalnej i zaliczonko z epidemiologii. W tym pierwszym jest problem żem z matmy i z fizy noga, z drugim może nie będzie źle, ale muszę trochę przysiąść do zadanej. A ostatnie  będzie problematyczne z powodu mojego lenistwa i niechodzenia na wykłady.
Ok nie smęcę, bo przeca nikogo nie interesują moje studenckie problemy. Co tam dzieci w Afryce, ja mam kolokwium z fizycznej! ;/
Dobra, stop. Koniec, kropka. 

środa, 6 marca 2013

11


         Z Joanną nie da się wygrać. Do tego wniosku Lily ponownie doszła siedząc na obrotowym krześle przed wielkim lustrem w jednej z sypialni swojej przyjaciółki. Natomiast Joanna szalała, trzymając w dłoniach na zmianę prostownicę, piankę do włosów, wosk, lakier, szczotkę, grzebień, spinki, wsuwki i inne ozdoby do włosów, które magazynowała po szafkach. Za punkt honoru postawiła sobie zrobienie wyjątkowej fryzury.
         Była środa, dwudziesty czwarty lutego – urodziny Lily. Joanna przyjechała przed jej dom już o ósmej, by mieć pewność, że Lily ukradkiem nie wymknie się na zajęcia. Pół godziny zajęło jej narzekanie na ubogą różnorodność strojów w szafie malarki. Potem streściła ze wszystkimi szczegółami kłótnię z Harry’m i jego matką, a jeszcze później poobgadywała dziewuchy z roku. Joanna była święcie przekonana, że Rose nie zrobiła sama zdjęć, za które dostała najwyższą ocenę.
         Gdy wreszcie wybiła godzina dziesiąta, czyli czas otwarcia wszystkich butików, Jo z prędkością światła znalazła się w swoim samochodzie. A trzeba też wiedzieć, że Thomson nie była dobrym kierowcą. Uzurpowała sobie prawo przejeżdżania na żółtym i wymuszała pierwszeństwo, a lusterek używała głównie do poprawiania makijażu i zalotnego mrugania do samej siebie.
         I choć trasa nie była wymagająca, bo prowadziła z zachodniego Berkeley, na którym mieszkała Lily, przez San Pablo Ave i Ashley Ave oraz wynosiła tylko cztery mile, to malarka kilka razy była pewna, ze skończy w szpitalu. Jakimś cudem dotarły cało na Telegraph Ave.
         Joanna wpadła w wir zakupów. Wpychała Grey do przymierzalni i przynosiła jej  góry ubrań, a następnie sama właziła do kabiny i poprawiała ułożenie tkanin. Lily nie miała nic do powiedzenia. Zresztą Joanna miała naprawdę niezły gust i (malarka musiała to przyznać) wybierane przez nią ubrania oraz dodatki były naprawdę ładne. W końcu stanęło na wyborze dopasowanej i krótkiej szarej sukienki. Lily najbardziej podobała się jej prostota. Długość do połowy ud zaniepokoiła blondynkę, ale Jo uparła się, by wyeksponować zgrabne nogi artystki. Luźne rękawy do łokcia pozwalały ukryć tatuaże przed natrętnym wzrokiem postronnych.
         Lily musiała przyznać, że zakupy się udały i spędziła miło czas, nawet jeśli Joanna za bardzo zwracała uwagę płci przeciwnej.
         Teraz Lily siedziała w domu Joanny i była poddawana wielu torturom. Oczywiście całkiem innego zdania musiała być kosmetyczka z salonu piękności matki Jo, która te tortury wykonywała, a mianowicie masaże, maseczki pielęgnacyjne, manicure i pedicure. Joanna miała ten luksus, że mogła korzystać z tych usług kiedy tylko by zapragnęła. Choć stylistka fryzur też pracowała w zakładzie, to włosami zajęła się osobiście Joanna.
- Zobaczysz, będzie wyglądało niesamowicie. Aż cała się trzęsę z podniecenia, gdy pomyślę jak cudownie będziesz wyglądać. To będą twoje niezapomniane urodziny. I jestem niesamowicie ciekawa twojej barwy głosu.
- Naprawdę? A jeśli nie znajdę nic dla siebie?
- Tam jest naprawdę wszystko. Od klasyków rock’n’rolla, przez współczesnych wykonawców aż po hardcore. Nawet... ten... AFI, też tam musi być. Więc nie masz wyjścia, musisz coś zaśpiewać.
- Przypomniałaś mi o czymś. Marie powiedziała, żebym koniecznie obejrzała nowe teledyski AFI. Podobno będę zaskoczona.
- Zaraz przyniosę laptopa, to obejrzymy. Kiepska z ciebie fanka, skoro nie oglądasz teledysków.
- Może bardziej doceniam teksty i muzykę, a nie skupiam się na gładkiej buźce wokalisty? – odparła kąśliwie Lily. Joanna zostawiła jej włosy, które na razie nie przedstawiały niczego niezwykłego. Po chwili wróciła, dzierżąc w dłoni komputer.
- No, to zobaczymy. – Włączyła laptopa. Wyszukała podany przez Lily teledysk. – Dobra, włączam. – Postawiła go na toaletce, a sama wróciła do poprzedniego zajęcia.
      Teledysk zaczął się dość niewinnie. Wieczorna pora, oświetlona rezydencja sporych rozmiarów. Cztery sylwetki zbliżają się do drzwi. Jedna z postaci naciska dzwonek do drzwi. Do tego momentu Lily nie zauważyła niczego aż tak niezwykłego, co miałoby ją powalić na ziemię.
         Do czasu. Drzwi otwierają się. W ujęciu ukazuje się zespół ubrany w eleganckie garnitury. Zespół, znaczy się Jade, Hunter i Adam. Grey uniosła wysoko brwi ze zdziwienia. Facet stojący na samym przodzie nie przypominał zniewieściałego wokalisty. A Lily nic nie słyszała o tym, by zmienili wykonawcę i przede wszystkim na płycie nie było tego słychać. Czyli to jednak Davey Havok.
         Malarkę nagle olśniło. Wszystko wydało jej się tak proste i logiczne, że było aż dziwne, że wcześniej tego nie zauważyła. Filiżanka z kawą, czarna woda, klasa, las, poker. Kobieta, która zabiera. A wszystko to łączył jeden przedmiot: czarne pudełko.
         Clandestine. Tajne, skryte. Czarna skrzyneczka z niewiadomą zawartością. Lily oglądała ten film, o ile można to nazwać filmem, tylko jeden raz, bardzo dawno temu. Jako specjalny dodatek do płyty Sing the Sorrow.
         A zaraz po olśnieniu przyszło upokorzenie. Dziewczyna zsunęła się na krześle i zapadła w sobie.
- Siedź jak człowiek, bo zepsujesz fryzurę. – Upomniała ją Joanna.
         Fryzjerka amatorka, nieświadoma uczuć przyjaciółko oglądała teledysk dalej. Członkowie zespołu weszli do rozświetlonego, bogato urządzonego hallu. W pomieszczeniu znajdowali się ekstraordynarnie ubrani ludzie. U szczytu schodów stała piękna, młoda kobieta w białej sukience z kokardą. Piękność wymieniła spojrzenia z liderem. Davey opuścił wzrok i skierował swoje kroki w stronę stołu, na którym stała pokaźna misa z ponczem. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę i wlał jej zawartość do naczynia. Pustą piersiówkę schował za plecami u pocałował wyciągniętą dłoń gospodyni, która właśnie zeszła ze schodów. W tym własnie momencie Joanna straciła zainteresowanie teledyskiem.
         Zatrzasnęła laptopa oburzona, jakby ją ktoś obraził.
- Widziałaś? – Szczotką trzymaną w dłoni wskazała komputer.
- Widziałam – Odparła Lily słabym głosem.
- Cholera jasna, kurde no! Tak nie może być, czemu to w ogóle włączałyśmy?
- Gdybym widziała to wcześniej, to na pewno nie zrobiłabym z siebie takiej idiotki. – Jęknęła malarka, nieświadomie zbliżając palec do ust.
- O nie! Nie obgryzaj paznokci! Trudno, wymyślę ci inną fryzurę.
- Słucham? O czym ty mówisz?
- A o czym ty mówisz? Nie widziałaś tamtej laski, ja właśnie robiłam ci taką fryzurę. A chciałam, żeby była jedyna w swoim rodzaju. Teraz wszystko poszło się kochać...
- Fryzura? Mniejsza o to, zrób mi taką, podoba mi się. Ale... cholera jasna. Powinnam założyć jakąś papierową torbę na głowę! I nigdy nie pokazywać światu swojego oblicza!
 - Nadal nie wiem, o co ci chodzi.
- Myślałam, że jesteś bardziej spostrzegawcza. Ten facet w granatowej koszuli nie wydał ci się znajomy?
- Właśnie wręcz przeciwnie. Myślałam, że ten twój ulubiony wokalista nie jest za przystojny. Pamiętam te odrażające turkusowe cienie i sztuczne rzęsy.
- Tak, też je pamiętam.- Lily parsknęła cicho. – A pamiętasz kto w sobotę zapłacił mój rachunek w kawiarni?
- Tak, jakiś fa... – Joanna urwała w połowie zdania. - ...cet. – Odłożyła szczotkę i ponownie otworzyła laptopa. – To spojrzenie, oczywiście. Ja cię pierniczę!
- Mówiłam ci, że mam niejasne wrażenie, że skądś go znam. No i proszę!
- Zapłacił z twoje ciasto.
- To paranoja, jak ja się wtedy zachowywałam!? Jak idiotka! Jakie ja bzdury wygadywałam! O arbuzach, grawitacji. O Boże! A wydawało mi się, że gorzej być nie może. Gdyby nie ta głupia karteczka, mogłabym się łudzić, że nie zwrócił na mnie uwagi. Uch, mam nadzieję, że już go więcej nie spotkam.
- Lily, nie dramatyzuj, uspokój się. Lepiej by było, gdybyś z piskiem rzuciła mu się do stóp albo udając, że nie zwracasz na niego uwagi, wgapiałabyś się?
- I tak się wgapiałam i w dodatku zrobiłam z siebie kretynkę. Trafie chyba do rekordów Guinessa.
- Wyluzuj i nie obgryzaj paznokci. Dziś idziemy się bawić! Ja wszystko funduję, a ty się nie przejmujesz niczym ani nikim. A zwłaszcza Danielem...
- Davidem..
- No, to miałam na myśli. Więc, ta fryzura może być? To ci ją zrobię. Zaraz, gdzie ja... – Joanna zanurkowała pod toaletkę.
- A skąd masz taki nagły przypływ gotówki? Znaczy nigdy nie narzekałaś na jej brak, ale teraz bez przerwy na coś wydajesz pieniądze.
         Joanna jakby spochmurniała.
- Miałam ci to powiedzieć później, ale skoro pytasz, to nie ma sensu tego ukrywać. Mój ojciec ma romans.
- CO?!
- Tak, kryzys wieku średniego, te sprawy, dziewczyna niewiele starsza od nas. Staruszek był trochę zmieszany, gdy ich nakryłam. Jako rekompensatę za szokujący widok na moim koncie pojawiła się okrągła sumka.
- A twoja matka?
- Daj spokój, wcale nie jest lepsza. Od dawna miała kochanków, a ojciec był po prostu jej zabezpieczeniem finansowym.
- Jo... – Lily nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Może w jej domu nie było za różowo, ale jej ojciec nigdy nie zdradziłby matki.
- Nie, Lil, nie musisz mnie pocieszać. Od dawna wiem, że moją rodzinę łączą tylko pieniądze. Ale wydawało mi się... że, no wiesz. Że mój ojciec nie jest taki jak matka. Myślałam, że ufamy sobie. Najwidoczniej tylko mi się wydawało. – Westchnęła, zamrugała oczami, by nie dopuścić do uronienia choćby jednej łzy. – Zmieńmy temat, co? Tak sobie myślę, że niektórzy faceci są jak wino. Im starsi, tym lepsi. Ten twój Daniel na przykład...
- Nie mój i nie Daniel, a David.
- Oj tam, oj tam. Więc ten David, wygląda naprawdę dobrze. Ma dziewczynę?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- Ojejku, nie czytasz żadnych portali plotkarskich? No wiesz, gdyby był wolny...
- To co? Nie ośmielisz się! – Lily zerwała się z krzesła.
- A co? Zazdrosna? Powiedz Lily, podoba ci się. Taki elegancki, z lekkim zarostem, bez seledynów i turkusów.
- Podpuszczasz mnie. Straciłabym do niego szacunek, gdyby..
- Gdyby się ze mną umówił? Dzięki, słodka jesteś. Siadaj, muszę podprostować ci końcówki. – Dam sobie z nim spokój...
- I tak byś go nie poderwała..
- A założymy się? Dam sobie z nim spokój, jak szczerze powiesz mi, co o nim myślisz?
- Naprawdę nie masz większych problemów? – Lily przewróciła oczami. – No dobrze. Więc wydaje mi się, bo przecież go nie znam, że jest mądry, miły, w końcu uratował Antona i zapłacił z nienormalną studentkę malarstwa. Pewnie jest też wrażliwy i dobry. Pisze naprawdę wyjątkowe teksty. I dobrze śpiewa. A oprócz tego jest weganinem.
- Czyli jeszcze większym świrem niż ty?
- Niejedzenie zwierząt to nie dowód na żółte papiery.
- A wygląd?
- Wiesz, od kiedy nie maluje się, to jak przyznałaś, wygląda dobrze.
- Tylko tyle? Wygląda dobrze?
- A co myślałaś? Że będę się pół godziny rozwodzić nad jego wyglądem?
- Bo ty zawsze jesteś taka powściągliwa. Nigdy mi o niczym nie mówisz. Ja tobie mówię wszystko, a ty?
- Chcesz się teraz o to kłócić? – Grey założyła ręce na piersi.
- Nie, po prostu nie wiem jacy faceci ci się podobają. Jesteś taka wybredna.
- Po co mam mówić, że ktoś mi się podoba, skoro go nie znam? Wygląd to tylko kwestia gustu.
- A ja chciałabym ci go poznać. Wtedy może bym kogoś dla ciebie znalazła.
- Och, daj spokój. – Dziewczyna jęknęła. – I proszę cię, zmień temat.
         Joanna z niezadowoleniem wypuściła głośno powietrze z ust, ale nie podjęła dalszej rozmowy, w ciszy dokonywała ostatnich poprawek . bez słowa wzięła się za robienie makijażu. Nałożyła korektor i podkład, przypudrowała Lily czoło i nos, nałożyła na policzki róż. Oczy podkreśliła mascarą i eyelinerem. Na koniec zaaplikowała na usta błyszczyk.
         Lily mogła wreszcie zejść z fotela. Efekt przewyższył znacznie jej oczekiwania. W idealnie dopasowanej sukience, czarnych rajstopach i szpilkach (choć pożyczonych) wyglądała zupełnie jak nie ona. Fryzura dopełniała olśniewający wygląd. Grzywka zaczesana do tyłu i podniesiona. Z boków głowy krótkie pasma warkoczy. Reszta włosów gładka i lśniąca, układała się swobodnie na plecach.
- Jo, jesteś wielka. – Grey nie mogła przestać się uśmiechać.
- Wiem. – Odparła Thomson, wciągając ognistoczerwoną wydekoltowaną sukienkę.
         Malarka nie wiedziała, jak Joanna to robiła, ale potrzebowała dosłownie chwilę, by zrobić się na bóstwo. Natura obdarzyła ją pięknymi, gęstymi lokami, które bez żadnych zabiegów układały się perfekcyjnie.
         Po krótkiej chwili obie wyglądały zachwycająco. Choć każda na swój sposób. Joanna pewna swojej urody emanowała kobiecością i seksapilem. Lily prezentowała się bardziej nietypowo. Miała mniej oczywistą urodę, lecz wyglądała świeżo i dziewczęco. Blada cera i jasne włosy dodawały jej delikatności i pewnego rodzaju niewinności.
_________________________________________________
Jestem z siebie dumna, że tak szybko dodałam coś nowego. No, ale jak taka miła pogoda, to od razu chce się żyć i coś robić. Szczerze mówiąc, miałam coś tu dodać wczoraj,no ale nie wyszło. Nie sądzę, by ktoś zauważył, ale zmieniłam zdjęcie Antona (tak, tak, wiem, ze ten nowy Anton to Ryan Gossling i wgl, ale jak zobaczyłam to zdjęcie, to no po prostu czysty mój Litwin). No i dodałam nowego bohatera, bedzie on raczej epizodyczny i pojawi się pod koniec tego opowiadania, czyli za jakiś pierdyliard partów, ale będzie nieraz wspomniany przez bohaterów, więc stwierdziłam, że chcę go tu dodać. Tym bardziej, że moja nową pasją jest wgapianie się w zdjęcia Matta Bomera (ten typ na zdjęciu), i to foto ucieleśniało moje wyobrażenie o Jeremy'm. Dobra nie gadam, bo i tak nikt nie rozumie mojego pieprzenia tutaj. ;P
PS. Też byłam w głębokim szoku, gdy po prawie 3 letniej przerwie od AFI obejrzałam nowe teledyski ;P No i mnie też cholernie odpychały te turkusowe cienie. Teraz jest zdeeeecydowanie lepiej ;P

wtorek, 26 lutego 2013

10

            „I co się gapisz?” Pomyślała z irytacją, gdy nieznajomy nie odwrócił wzroku. Co z tego że był całkiem przystojny. Można by nawet powiedzieć, że w typie Lily. Pozbawiony lalusiowatości, z niebanalną twarzą, męski. Siedzący z dobrze opracowaną niedbałością, zupełnie jakby nie uważał na to, w jakiej jest pozycji, a jednocześnie siedział tak, by wyglądać dobrze. Ciemne jak dwa węgliki tęczówki badały ją dokładnie spod przymkniętych powiek ozdobionych nietypowymi dla mężczyzny długimi, gęstymi rzęsami.
         Z boku musiało to wyglądać komicznie. Dwójka ludzi siedząca przy oddzielnych stolikach udaje, że się nie wpatruje w to drugie, a jednak to robi. Gdyby Lily miała lepszy humor stwierdziłaby z rozbawieniem, że tak mogłaby zaczynać się jakaś durna komedyjka dla niedorozwiniętych emocjonalnie singielek spędzaąacych samotnie walentynki. Ale w tej sytuacji Grey była prawie pewna, że to wzrok pełen politowania dla kompletnej wariatki.
         A jeśli nawet, to co? Nigdy nie spotka już tego faceta, a on  nic o niej nie wie. Zapłaci i wyjdzie. Niczym statysta w wielkim filmie, zwanym życiem.
         Malarkę czasem prześladowało wrażenie, że znajduje się w swoistym „The Truman show”, gdzie grała główną rolę, a ludzie spotykani na ulicy to wynajęci aktorzy, oscarowo grający swoje role. Potem zawsze rugała się w myślach, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby oglądać życie niespełna dwudziestotrzyletniej studentki czwartego roku malarstwa i grafiki na Uniwersytecie w Berkeley.
         Niejednokrotnie mijając ludzi na ulicy zastanawiała się nad ich sprawami, dlaczego właśnie szli tu i teraz, na kogo czekali niecierpliwie zerkając na zegarek. To dla tych przypadkowych osób ona była statystką.
Tym samym był dla niej ten goćć, niezależnie czy był jej znany. Nie spodziewała się, że wpadnie na niego za tydzień. No, chyba że był stałym klientem Boba. Ale też pod warunkiem, że oboje zjawiliby się tu tego samego dnia, o tej samej porze, co szczerze mówiąc, bez wcześniejszego umawiania się było fizycznie niewykonalne i niemożliwe.
Lecz gdyby tak się złożyło, to z pewnością nikt by już tego nie potraktował jak przypadek.
Lily odchyliła głowę mocno do tyłu; pozwoliła, by włosy swobodnie spływały po oparciu fotela; końcówki kosmyków dotknęły podłogi. Dziewczyna pozostała w takiej pozycji, by wyciszyć zahukane myśli.
Muzyka w lokalu była dziś zdecydowanie lepsza niż jeszcze jakiś czas temu. Bob, jako nieskomplikowany człowiek puszczał muzykę z radia, myśląc, że to wystarczające tło do rozmów. Lily miała całkowicie inne zdanie. Komercyjna, krzykliwa papka z drażniącym ucho umcy-umcy  była wręcz nie do wytrzymania. Zasugerowała kilka płyt z ambitniejszego popu, jazzowych inspiracji i muzykę instrumentalną. Na całe szczęście Bob skorzystał z jej sugestii. Dzięki temu kawiarnia przestała przypominać supermarket, gdzie trzeszczące radio nadawało bez przerwy „najnowsze hity”. Lokal dostrzegli także ludzie znudzenie głośnymi klubami i pubami. Do tego rodzaju klienteli z pewnością należał ów jegomość, który zajął ulubione miejsce dziewczyny.
Akurat z głośników płynęła jazzowa solówka na saksofonie, gdy drzwi frontowe otworzyły się i omiótł wszystkich słodko-mdły zapach drogich perfum. Lily nie podniosła głowy, choć doskonale znała ten zapach. Gdy usłyszała stukot obcasów na panelach, lekko zmarszczyła brwi. Stukot przepadł w niepamięć, kiedy Joanna zatrzymała się przy stoliku dwóch względnie młodych i normalnie wyglądających dziewczyn. Każdą z nich obdarzyła lepkim od błyszczyku pocałunkiem i kilkoma rzuconymi od niechcenia pytaniami. Następnie przestukała do stolika zajmowanego przez malarkę, spojrzała na nią krytycznie i zagadnęła:
- Co robisz?
- Kontempluję – Lily odpowiedziała po minucie ciszy, która była ostatnią okazją do uporządkowania płynących w różnych kierunkach myśli.
- Y.. Co? – Joanna przysiadła na fotelu, zajmowanym uprzednio przez Antona i Kimberly Dray.
- Niic. – Dziewczyna odparła przeciągle podnosząc głowę, która zdawała się być z ołowiu.
         Joanna w ciągu swej godzinnej nieobecności zdążyła się już przebrać. Miała na sobie ładną bawełnianą sukienkę w różnokolorowe kwiaty. Jej szyję i piersi ozdabiał srebrny łańcuszek z krzykliwym wisiorkiem wykonanym z różnokształtnych koralików. Na kolanach mieściła jedną ze swych małych, zgrabnych torebeczek, która kolorystycznie odpowiadała sandałkom. Dłonią przeczesała gęste, czarne loki. Bransoletki na przegubie dłoni zagrzechotały dźwięcznie. Thomson zdjęła przyciemniane okulary słynnego projektanta i odsłoniła bladoniebieskie tęczówki. Uśmiechnęła się w iście hollywoodzkim stylu i zakomunikowała:
- Zdjęcia powychodziły naprawdę świetnie. Zastanawiam się czy nie wywołać ich w większym formacie. A jak wywiad? I co się stało z twoimi włosami?
- Gdyby kiedykolwiek coś strzeliło mi do głowy i chciałabym znów udzielić wywiadu, proszę przypomnij mi ten.
         Lily streściła niezbyt udaną rozmowę z Dray.
- Powinnam była się tego spodziewać, ludzie są przecież naprawdę wścibscy. Ale żeby interesowała ich moja rodzina? Co więcej, zapytała czemu ludzie uważają mnie za arogancką. Przepraszam, czy ja robię przed uniwerkiem sondy i ankiety? – Grey z powrotem opadła na oparcie fotela. Włosy zafalowały, błyszcząc w świetle lampki i opadły kaskadami na czarną skórę obicia mebla.
         Joanna w odpowiedzi wybuchła głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę innych w pomieszczeniu.
- Uwielbiam twój sarkazm! – Powiedziała między kolejnymi salwami śmiechu.
         Lily prychnęła jak rozwścieczona kotka. Niepotrzebnie wstawała dziś z łóżka. Nie sądziła, by cokolwiek mogłoby jej poprawić nastrój. Była zła na siebie i rozczarowana wywiadem.
         Wtem do stolika podszedł Anton z kartą dań. Zdziwiony popatrzył na dwie studentki: jedną duszącą się ze śmiechu, a drugą zwisającą z fotela niczym postać z obrazu Fussli’ego „Koszmar”.
- Anton, mógłbyś nie chodzić po suficie? – Burknęła Lily wisząc głową w dół. – I co to w ogóle za pomysł, by mocować lampy do podłogi?  - dodała z pretensją w głosie.
- Przepraszam, to wina Newtona. On odkrył grawitację. – Kelner był całkowicie przyzwyczajony do dziwactw swojej przyjaciółki.
- Więc niech ją zakryje z powrotem. Powiedz mu, że ja jej nie chcę. I uspokój arbuzy. Śmieją się ze mnie. Mogłyby chociaż umyć pestki.
         Z miny Joanny można by odczytać, że uważa Grey za pomyloną. Gdy malarka wróciła do cywilizowanego sposobu siedzenia, fotografka zapytała z niepokojem:
- Dobrze się czujesz? Krew nie napłynęła ci do głowy? Arbuzy wcale się z ciebie nie śmieją.
- Może ci się tylko wydaje? Może szajka arbuzowych maniaków wyprała ci mózg, byś tak myślała? – Odparła malarka konspiracyjnym szeptem. – A może arbuzy bez przerwy się z ciebie śmieją, więc przywykłaś do tego i uważasz, że tak musi być? – dziewczyna wzięła ze stolika szklankę z różową zawartością, skinęła głową niby do toastu i wypiła całą zawartość.
- Spokojnie, ona zawsze tak ma, gdy jest coś nie idzie po jej myśli. – Uspokoił Joannę Anton, przyglądając się przyjaciółce, która właśnie przystawiła pustą szklankę do oka niczym lunetę. – Udaje psychiczną, by się uspokoić.
- Wcale nie! – Obiekt mini psychoanalizy Litwina postawił z łoskotem szklankę. – Wszystko zepsuliście. – niczym obrażone dziecko Lily zsunęła się z fotela.
- Mówiłaś jej o środzie? – Kelner szybko narzucił nowy temat, by Grey nie pogrążyła się w kontemplacyjny i smętny nastrój.
- Dopiero przyszłam. Przynieś mi łaskawie lody śmietankowe z polewą czekoladową i orzechami.
- Co o środzie? – Lily wynurzyła się spod stołu i z zainteresowaniem uniosła brwi.
- Jak to co? Twoje urodziny! Razem z – Tu Joanna odwróciła wzrok i głową wskazała bar. – przygotowaliśmy coś dla ciebie.
         Malarka zamrugała, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Nic dziwnego, od pięciu lat nie obchodziła urodzin, więc całkowicie o nich zapomniała. Nie były one dla niej dniem, na który czekała z niecierpliwością.
- Będzie cudownie, zobaczysz! – Joannie oczy zaświeciły się z podniecenia, z pewnością wszystko dokładnie zaplanowała. – W środę rano zabieram cię na zakupy, potem spędzimy cały dzień u mnie, a wieczorem idziemy na karaoke! – Uśmiechnęła się na koniec, czekając na entuzjastyczną reakcję Lily.
- W środę muszę oddać na zajęcia...
- Cicho, nic nie musisz! W środę nawet nie zobaczysz budynku uniwersytetu!
- Ale... karaoke? To beznadziejny pomysł!
- I tu jest twój problem! Wszystko, co nowe od razu odrzucasz! Daj spokój, podejdź do tego na luzie.
- Łatwo ci mówić, bo masz głos jak dzwon. – Lily skrzyżowała ręce na piersi.
- Jak ludzie mają dobry głos to zakładają zespół lub idą do Idola. A karaoke to tylko zabawa.
- Nie widzi mi się śpiewanie piosenek Rihanny czy Nicki Minaj.
- Dlatego nie idziemy do zwykłego klubu. Tamten jest specyficzny. Tylko dobra, rockowa muza. Pasi?
- Naprawdę?
- Zero, jak to ty mówisz, radiowego chłamu. Porządna muzyka na poziomie.
- Hm, zobaczę. – Dziewczynie zabrakło już argumentów na nie, więc dała niejasną odpowiedź.
- Okej, to musi mi wystarczyć. Tak w ogóle to byłam tam kiedyś z Nickiem. Wiesz którym. – Joanna wyszczerzyła się. – On znów do mnie pisze. Myśli, że coś z tego wyjdzie. A ja, no cóż, potraktowałam to jako jednorazową przygodę. Czy on naprawdę myśli, że może kwalifikować się jako mój facet. O nie! On jest taki...
         Ale Lily już nie słuchała, jaki jest Nick. Bezwiednie gładziła palcem prawą skroń. Umysłem nie znajdowała się w kawiarni. Przed oczami migały jej obrazy kolejnych urodzin. Lukrowany tort z krzywo powtykanymi świeczkami, miś niedbale przewiązany wstążką.
         A potem, niespodziewanie krzyk. Mama osuwająca się na fotel, ojciec wybiegający z pokoju. Trzaskające drzwi wyjściowe. Odgłos zapalanego samochodu.
- Lily – Szepcze mama. – Daj mi rękę. Tego prezentu na pewno się nie spodziewałaś.
         Wraca ojciec. Bierze ją na ręce i wsadza na tylne siedzenie samochodu. Matka, jęcząc, siada obok niej. To wszystko dzieje się tak szybko. Ulice za szybą zlewają się w zbitą szarą masę. Ojciec klnie, matka ciężko oddycha szarpiąc materiał sukienki. W końcu samochód zatrzymuje się. Ojciec ponagla ich, coś wykrzykuje. Wchodzą do wysokiego, białego budynku z mnóstwem okien. Wdrapują się po schodach, nieprzerwanie asekurując mamę, najpierw na pierwsze, potem na drugie piętro. Kobieta ubrana na biało zabiera mamę i każe im czekać na korytarzu. W powietrzu unosi się dziwny zapach. Podłoga i ściany wyłożone są biało- czerwonymi płytkami. Wszystko jest takie dziwaczne i obce, zwłaszcza małe obrazki krzywo wiszące na gwoździach. Z korytarza prowadzi wiele drzwi, wszystkie zamknięte.  Nagle jedne z nich się otwierają, wychodzi mężczyzna ubrany na zielono w asyście dwóch kobiet. Ojciec niecierpliwie ściska dłoń Lily. Czas bardzo się dłuży. Wreszcie, gdy już się wydawało, że będą czekać wiecznie, pojawia się mama na wózku z małym zawiniątkiem w rękach. Ojciec podchodzi i ciągnie ją za sobą. Tym zawiniątkiem jest mały, różowy, pomarszczony człowieczek.
         Lily zamrugała powiekami. To jedno z jej najstarszych wspomnień, nie licząc tego z królikiem. Miała wtedy cztery lata. W jej urodziny przyszedł na świat Leonardo, jej młodszy braciszek W środę będzie obchodził swoje dziewiętnaste urodziny.
         Dziewczyna zacisnęła powieki, by nie rozpłakać się. Mija kolejny rok kiedy nie obchodzą urodzin razem, kiedy nie widzi go, nie kłóci się z nim, kiedy nie czyta mu bajek przed snem, mija pięć długich lat podczas których oboje się zmienili i być może nawet się nie rozpoznają, gdy nastąpi spotkanie.
- Zostaw ją, to u niej normalne. W każdym razie normalne dla artysty.
- Takie zawiechy? To wygląda... dziwnie. Jakby była gdzieś indziej.
- Sądzę, że tak jest.
- Nie krępujcie się, rozmawiajcie dalej. – Lily zwróciła się do przyjaciół.
- Och, Lily, wróciłaś, martwiliśmy się o ciebie.
- Całkowicie niepotrzebnie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
         Joanna uśmiechnęła się i skierowała swoją uwagę na lody. Anton nie był do końca przekonany, ale nie zgłębiał tematu. Znał dziewczynę wystarczająco długo, by wiedzieć, że miała wystarczająco dużo wspomnień, do których stanowczo za często wracała. Lub po prostu tworzyła jakiś wizjonerski obraz i nie powinno się jej przeszkadzać.
         Przez chwilę cała trójka siedziała cicho. Było to wyjątkowa sytuacja, bo zazwyczaj Joannie usta się nie zamykały od uszczypliwych uwag w kierunku Antona.
         Lily odchyliła się na fotelu i ukradkiem wyjrzała zza parawanu. Nieznajomy nadal tam siedział. Pochylał się teraz nad notatnikiem i coś w nim zapisywał. Dziewczyna poczuła skurcz w brzuchu. Wydawało się jej jakby przeżywała deja vu. Już kiedyś widziała kogoś, kto właśnie tak pochylał się nad zeszytem i coś zapisywał. Obok niego stała filiżanka kawy. Tak było i tym razem.
         Co było potem? Grey pochyliła głowę i w skupieniu przywoływała z pamięci sytuację. Klasa, wanna, poker... Jaki to miało związek, czemu o tym pomyślała? Wpatrywała się tępo w blat stołu. Królik, czarna woda, las, uczniowie. Kobieta. Siada, bez słowa całuje i znika. Zabiera. Ale co?
         Malarka westchnęła z rezygnacją. A może to wszystko jej się tylko wydaje? Na uczelni setki studentów siedziało w ten sposób i notowało na zajęciach, nic nadzwyczajnego. Spojrzała jeszcze raz na obiekt zainteresowania. Mężczyzna odłożył długopis. Wyciągnął dłoń i uchwycił porcelanową, białą filiżankę. Sposób, w jaki ją trzymał spowodował u Lily dziwne mrowienie. Ludzie w ten sposób nie trzymają naczyń. Przynajmniej nikt, kogo znała, ale miała zamglone wspomnienie, gdy ktoś kciukiem i palcem wskazującym obejmował brzeg filiżanki.
- Znowu...
- Co znowu? – Lily westchnęła i wyprostowała się na siedzeniu.
- Znów odpływasz.
- Zastanawiałam się... Czy kojarzę, gdzie ten lokal karaoke może być.
- Nie sądzę... Chociaż... Poczekaj, przecież to jest zaraz obok ciebie. Wiesz gdzie jest 7th street?
- Proszę cię, aż taka ograniczona nie jestem. Znam rozkład jazdy autobusów, co tobie sprawia trudność, więc wiem gdzie to jest. Ale przecież 7th street jest długa. W którym miejscu dokładnie jest ten twój klub?
- Ojejku, zaraz obok Berkeley Public Health Clinic.
 - No, to rzeczywiście bardzo blisko. – Odparła sarkastycznie Lily.
- No widzisz! Nawet jak się upijesz, to jakoś trafisz do domu. – Joanna nie zrozumiała kąśliwej uwagi Grey.
- Nie macie już ciekawszych tematów niż alkohol? – Odburknął Anton.
         Lily spojrzała na pusty talerzyk po ciastku.
- Ja mam ciekawszy temat. Proszę cię, powiedz mi, kiedy przestaniesz traktować mnie jak kaleką sierotę? – Spytała dziewczyna z jadem w głosie.
- Znów zaczynasz? – Chłopak przewrócił oczami.
- I będę zaczynać tak długo i często, aż zrozumiesz, że nie przymieram głodem, więc nie musisz mnie dokarmiać niczym kaczek w parku.
Wegetarianizm jest moją absolutnie świadomą decyzją i choć tego nie rozumiesz, uszanuj to. Ponad to potrafię o siebie zadbać, chcę pozostać samodzielna i niezależna, a ty to za każdym razem kwestionujesz. Sugerujesz, jakobym potrzebowała opieki i silnego męskiego ramienia. Nie chcę by ludzie narzucali mi swoją wolę, bo ja tak nie robię.
- Ale...?
- Nie przerywaj mi, kiedy mówię. Podzielisz się wnioskami z mojej wypowiedzi jak skończę. Stawiając przede mną talerz z jedzeniem nie dajesz mi prawa wyboru i czujesz satysfakcję, bo ja nie lubię marnować jedzenia. Doskonale wiesz, że nie mam pieniędzy, a mimo to mój dług u ciebie powiększa się za każdym razem, gdy przychodzę. Co więcej, przez ten popieprzony projekt nie mam czasu podjąć się jakichś dorywczych zleceń, więc w najbliższym czasie nie oddam ci tych pieniędzy. A to sprawia, że czuję się jak jakaś naciągaczka, bo choć coś takiego jak pieniądze nie ma dla mnie zbyt dużej wartości, to świadomość, że ktoś nadwyręża swój budżet by dogodzić mi głupimi ciastkami i koktajlem z arbuzów, wierz mi, jest przygnębiająca.
         Dziewczyna prychnęła na koniec, by dać upust swojemu niezadowoleniu, oparła się z powrotem, skrzyżowała ręce na piersi i ostentacyjnie odkręciła głowę. Poczuła na sobie wzrok wszystkich obecnych w lokalu. Skrzywiła się nieco, ale nie ustąpiła.
         Joannę i Antona zamurowało. Siedzieli z wysoko uniesionymi brwiami i spoglądali na siebie ze zdziwieniem.
- Lily.. – Litwin odezwał się niepewnie.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jesteś w pracy. Nie powinieneś zatem zajmować się klientami? – Grey spytała chłodno.
         Chłopak bez słowa wstał i poszedł za bar. Lily wiedziała, że zachowała się skandalicznie fucząc na niego, ale dostawała już białej gorączki. Był jej przyjacielem, to fakt, znał ją najlepiej, lecz czasem na siłę chciał ją uszczęśliwić, co oczywiście miało odwrotny skutek do zamierzonego. Nie znosiła litościwego traktowania. I była zbyt dumna, by przyjmować takie przejawy troski.
         Joanna jakby skurczyła się w fotelu. Z dwojga złego wolałaby, by Lily wybuchła i wykrzyczała to, niż mówiła takim spokojnym, jadowitym głosem. Iskry w jej oczach nie mówiły niczego dobrego. Dlatego czarnowłosa nie odzywała się wcale, by nie pogorszyć jeszcze sprawy.
         W tym czasie ludzie w kawiarni powrócili do swoich zajęć, przestając zwracać uwagę na stolik, przy którym siedziały dziewczyny. Mężczyzna, który powodował niezdrowe zainteresowanie Lily , dopił swoją kawę, notes schował do kieszeni czarnej, dobrze skrojonej marynarki. Wstał, poprawił mankiety, przygładził ciemne, wąskie spodnie, zostawił przy filiżance zapłatę za zamówienie i wyszedł. Rzucił jedno przeciągłe, niby obojętne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek w stronę Lily i opuścił kawiarnię.
         Joanna uchwyciła to spojrzenie i popatrzyła na przyjaciółkę pytająco. Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
         Chwilę później Anton podszedł do stolika, sprzątnął pustą filiżankę i zabrał banknot. Po czym podszedł do dziewcząt i oznajmił:
-Ten facet już drugi raz ratuje mi dziś tyłek.
- Co?
- Patrz – Chłopak podał Lily kartkę papieru z nakreślonymi pospiesznie kilkoma słowami. Czarny atrament jeszcze połyskiwał, słowa były napisane dosłownie przed chwilą.
- To nie jest twoje pismo. – Malarka niepewnie przeniosła swój wzrok z kartki na kelnera. Anton w odpowiedzi wykrzywił usta.
- Co tam jest napisane? – Joanna wychyliła się mocno, by przeczytać przekrzywione w prawo i ściśnięte litery.
- „Płacę także rachunek pani w blond włosach”. – Lily tylko uniosła brwi. Jej towarzyszka otworzyła szeroko usta. – Co to ma być?
- Nie wiem, ale teraz jemu, a nie mnie wisisz kasę. – Litwin wyszczerzył się. – I jeszcze dał mi pięćdziesiąt dolców napiwku.
- To dziwne. Nie. To głupie. Ośmieszyłam się podwójnie. Raz z wywiadem, a teraz z tym. Ten facet myśli, że jestem niespełna rozumu.
- Kto to w ogóle był? – Zapytała Joanna, gdy Anton wrócił za bar.
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się znajomy, aż za bardzo.
- Jeśli to miał być podryw, to trochę mu nie wyszedł, mógł chociaż zostawić swój numer telefonu. – Joanna wyrwała Lily karteczkę.
- Jaki podryw? Widziałaś go? On był po trzydziestce! Raczej zrobił to z litości. Albo po prostu chciał uratować jego skórę.
- Albo po prostu poderwać jego?
- Bredzisz. – Odparła spokojnie Lily. Z zamiarem jak najszybszego wyrzucenia z myśli tego incydentu, zmieniła temat. – Skoro sprawa mojego rachunku została raczej roztrzygnięta, wrócę do domu i dokończę notatki na poniedziałek i przygotuję się na wtorkowe zajęcia. Ach, byłabym zapomniała. Jeżeli ma mnie nie być w środę na uniwerku, to muszę we wtorek oddać te dwa albumy na zajęcia z profesor Leighton.
- Czyli pewnie spotkamy się dopiero w środę? – Joanna drgnęła. – Zabiorę cię na Telegraph Ave i narobimy takich zakupów, że...
- Przecież ta ulica ciągnie się kilometrami!
- A myślisz, że od czego mam swoje Audi?
„No cóż”, pomyślała Lily „z Joanną nie da się wygrać. Ale za to może będzie zabawnie”.
_________________________________________________
Wracam, jestem. I to z taaaką partią materiału. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu wynagrodzę czytaczom to czekanie na coś nowego ;P Napisałabym tu coś mądrego, ale jest właśnie 23:23 i nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Indżoj :)