sobota, 16 marca 2013

12


Wyrazem tego, że Joanna odwaliła kawał dobrej roboty, była mina Antona, gdy zobaczył obydwie przed klubem. Przez dłuższa chwilę miał otwarte usta i nie mógł wykrztusić ani słowa.
         Swoją drogą wystrojony w dopasowane jeansy i koszulkę z krzykliwym napisem Anton prezentował się także całkiem nieźle prezentował. Przez to, że ciągle widywała go w roboczym uniformie, Lily całkiem zapomniała, jak jej przyjaciel wyglądał po pracy.
- Chodź tu, jubilatko. – Zaśmiał się i wyciągnął ręce w jej kierunku. Po czym parsknął – Chciałem cię wyściskać, ale boję się, że zepsuję twój imidż. To co, wchodzimy?
         W lokalu nie było zbyt wielu gości. Sam klub wyglądał inaczej niż wyobrażała to sobie Lily. Miała nadzieję, że będzie podzielony na kilka mniejszych boksów, w których stałby sprzęt do karaoke. Grupki znajomych śpiewałyby w swoim towarzystwie. Tymczasem była tylko jedna podwyższona scena, na której stały mikrofony, a na podłodze ciągnęły się kable. Na ścianie obok wisiał ekran, na którym wyświetlano napisy. Po przeciwnej stronie klubu znajdował się bar. Bezpośrednio pod sceną wyodrębniono przestrzeń do tańca. W reszcie lokalu rozstawiono brązowe, skórzane kanapy. Ogólnie w całym klubie panowały odcienie brązu i zieleni.
         Trójka znajomych usiadła na jednym z mebli, przy niskim stoliku. Joanna, widząc niepewną minę przyjaciółki, pochyliła się w jej stronę.
- Zastanawiam się – Odezwała się Lily, zanim Jo powiedziała cokolwiek. – na czym polega śpiewanie tutaj. Skoro jest tylko jeden sprzęt do karaoke.
- Dlatego jest tu tak fajnie. Wszystko odbywa się tutaj na zasadzie: kto pierwszy, ten lepszy. Każdego dnia jest inny zestaw piosenek, są puszczane losowo i jeśli jakąś znasz albo jeśli po prostu masz ochotę śpiewać, to po prostu podchodzisz i robisz show. Niekiedy trzeba lecieć naprawdę szybko, by zaśpiewać coś fajnego. Chcecie coś do picia?
-Piwo.
- Wodę. – Odparła Lily.
- Chyba chciałaś powiedzieć wódę. Czyli dwa drinki i piwo.
         Joanna złożyła zamówienie i wróciła do stolika.
-Trochę tu drętwo, ale to tylko kwestia czasu. – Studentka fotografii rozejrzała się po klubie.
         Gdy przyniesiono drinki, Lily chwyciła swój z lekką dozą niepewności. Przyczyna była prosta, Grey piła bardzo rzadko, prawie nigdy. A jeśli już do tego doszło, to zdarzyło jej się to wieki temu. Wahała się chwilę, patrząc na mleczne zabarwienie zawartości kieliszka. Po chwili jednak mruknęła pod nosem: a co mi tam. Była przecież pełnoletnia i w dodatku chciała się zabawić.
- To za naszą Lily! – Zawołał Anton, unosząc kufel z piwem. – Za naszą artystkę. – Z ukontentowaniem upiła kilka łyków złotego płynu.
         Malarka, naśladując Joannę wychyliła całego drinka. Napój pachniał kokosami i tak właśnie smakował. Posmak alkoholu nie był wyczuwalny na początku. Dopiero po chwili Grey poczuła pieczenie w gardle i przełyku. Lekko nią wstrząsnęło, ale nie odczuła większych zmian.
- Proszę, proszę, kogo my tu mamy! – Dziewczyna usłyszała znajomy głos.
         W drzwiach, na czele grupki ludzi, stała Marie Woods. Zaraz za nią był Michael – przypominający pociesznego miśka chłopak, Rose – wróg Joanny z urodą Keiry Knightley, Meg – dziewczyna z roku Lily, z rozczochranymi ciemno blond lokami. Reszty osób Lily nie znała.
- Trochę tu za cicho. – Skrzywiła się Rose. Nie wyglądała na zadowoloną.
- Właśnie miałam rozkręcać imprezę. – Joanna wstała i zawołała. – Panie DJ, proszę o jakiś wyczesany kawałek!
         Z głośników popłynęły pierwsze nuty piosenki, ale zanim Joanna weszła na scenę, Marie już trzymała pewnie mikrofon. Nic dziwnego. Leciała przecież piosenka Green Day – Basket Case.
         Reszta jej towarzystwa zajęła miejsca na innych kanapach, a Meg zamówiła drinki. Marie momentami fałszowała niemiłosiernie, ale wydawało się, że nic i nikt nie odbierze jej frajdy ze śpiewania.
         Po godzinie, gdy stężenie alkoholu w żyłach wszystkich stanowczo przekroczyło dopuszczalną normę, impreza wrzała aż miło. Kilku nieznajomych postawiło Joannie drinki. Zachęcił ich do tego, zmysłowy taniec Thomson.
         Lily, która znała większość puszczanych do tej pory piosenek, nabrała pewności siebie. Przysiadła się razem z Antonem do stolika Marie i prowadziła dyskusję z jej znajomymi. Ze zgrozą stwierdziła, że niesprawiedliwie oceniła tych ludzi. Meg, na przykład, którą uważała za przedstawicielkę Beverlyhillowiczek okazała się całkiem w porządku. Dodatkowo odkryła, że Stuarts parokrotnie spoglądała w kierunku Antona. Czyżby wpadł jej w oko?
         Po kolejnej godzinie klub bawił się w jednym tempie. Lily jeszcze nigdy nie poznała jednego wieczoru tylu osób. Tańczyła z różnymi facetami, nie wiedząc nawet, jak się nazywają. Świat wirował dosłownie i w przenośni. Zarumieniona od tańca. Grey wychylała kolejne drinki, wznosząc kolejne toasty.
         Joanna królowała zarówno na parkiecie jak i na scenie. Lily zauważyła, że jej przyjaciółka miała najczystszy i najsilniejszy głos ze wszystkich, którzy już śpiewali.
         Po brawurowym wykonaniu piosenki AC/DC, Thomson wyciągnęła artystkę na scenę. Z tej perspektywy klub wyglądał całkiem inaczej. Wszystkie oblicza były zwrócone w jej stronę. Gdyby nie szumiący w głowie alkohol, pewnie spanikowałaby i uciekła z podestu. Lecz kiedy usłyszała pierwsze dźwięki piosenki i na ekranie ujrzała wyświetlane wersy, cały lęk z niej spłynął. Podczas przygrywki pewnie kiwała głową w rytm muzyki. Chwyciła za mikrofon i nie spoglądając na tekst zaczęła śpiewać.
- Chcę być w pełni jak ty, twój swobodny, pełen wdzięku wygląd, który sączy się z każdego twojego pora. Na nic tu logika. Chcę się z tobą wykąpać i zmazać chaos z mojej skóry.
         Tłum dygał w spokojny rytm piosenki Placebo „I do”. Głośna muzyka spowodowała, że nikt nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Jedynie Lily, która stała wyżej i miała na nie doskonały widok, mogła zauważyć, kto właśnie wszedł do klubu.
         Los ponownie zadrwił z niej, do w progu ukazał się nie kto inny, tylko Davey Havok. Ten sam, którego miała nadzieję już nigdy więcej nie spotkać. Jednakże w tym momencie, gdy drinki robiły wodę z jej mózgu, Lily wcale się tym nie przejmowała. Kiedy pochwycił jej spojrzenie, uśmiechnęła się i kontynuowała zwrotkę:
- Chcę się w tobie zakochać. Zatem, jak zaczniemy?
         Mężczyzna w odpowiedzi uśmiechnął się i delikatnie uniósł jedną brew. Zupełnie jakby rozważał propozycję zawartą w ostatnim wersie. W przerwie między strofami Lily oblizała usta i wyszczerzyła zęby.
- Chcę być dziewczyną taką jak ty. Sposób, w jaki bujasz biodrami w jeansach. Chcę nakładać makijaż jak ty, Shiseido, MAC i Maybelline. Chcę z tobą namalować miasto i łaskotać się aż zaczniesz krzyczeć. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”.
         Tekst był banalny i całkowicie nie pasował do głębokich i tragicznych rozważań typowych dla Placebo. I choć Lily szczególnie za nim nie przepadała, to stojąc na scenie, wkładała całe serce w ta piosenkę i czuła ją całą sobą.
- Chcę być w pełni jak ty. To, jak się uśmiechasz rozjaśnia pokój. Wycofam się, kiedy faceci będą z tobą flirtować, pozostanę odporna na zazdrość. Ta pewność we mnie i w tobie. Ta nadzieja, że razem zakwitniemy. Chcę się w tobie zakochać. Chcę powiedzieć „tak”. Pytanie, czy ty też?
         Wraz z momentem końca piosenki, Lily poczuła jakby wybudziła się z jakiegoś transu. Zamrugała parokrotnie i wreszcie dostrzegła parkiet pełen ludzi, którzy wiwatowali i skandowali jej imię. Chwiejnym krokiem zeszła z podestu.
- To było niesamowite! – Wykrzyknęła Marie, chwytając dziewczynę za ramiona i potrząsając nią.
- Choć czasem było nieczysto. – Joanna nie była tak rozentuzjazmowana jak reszta. Woods odepchnęła ją z lekceważeniem i zaprowadziła Grey do swoich znajomych.
- Nie wiedziałam, że słuchasz Placebo? – Zaraz zagadnęła ją Meg.
- Zdarza mi się. – Lily opadała na kanapę. – Raz nawet pomalowałam się jak Brian. – Zaśmiała się głośno. – Pierwszy i ostatni raz.
- Dlaczego?
- Jak moja matka mnie zobaczyła, to odeszły jej wody i zaczęła przedwcześnie rodzić. – Grey rechotała się jak dzika, waląc pięścią w kanapę.
         Ludzie nie wiedzieli, jak zareagować na ten wyraźny przejaw upojenia alkoholowego Lily, a tymczasem mikrofon ponownie okupowała Joanna. Dała pokaz wszystkich swoich możliwości wokalnych śpiewając piosenkę Queen. Można było odnieść wrażenie, że chciała pokazać, że wykonanie Lily to tylko małe piwko w porównaniu z jej wykonem. Nie uszło to uwadze Antona.
- Dlaczego ona zawsze musi być skupiona tylko na sobie? Nie może znieść, że choć raz przyciągasz więcej uwagi niż ona? Szczerze, jej czysty śpiew może jest imponujący, ale w twoim wykonaniu piosenka po prostu miała duszę. Czuło się ją. Dosłownie chciało się zakochać. I udzieliło się to wszystkim. Było magiczne.
- Anti, może podaruj sobie na razie kolejkę, co? – Lily klepnęła go w ramię. Doskonale widziała zachowanie Joanny, ale bezsensowne byłoby roztrząsanie tego i prowadzenie wojny na piosenki.
- Wypij z nami! – Stuarts objęła ramieniem szyję dziewczyny. Malarka odniosła wrażenie, że Meg usilnie stara się pokazać, jak świetnie się bawi, zrobić na złość swojej byłej przyjaciółce, która siedziała, wciśnięta w róg kanapy.
- Chyba mi już wystarczy.
- Z nami nie wypijesz? – Krzyknął kompletnie pijany Michael.
- Za Placebo nie wypijesz? – Wtórowała mu Marie.
- Ok, ok. Ostatni raz. – Lily pochwyciła podany jej kieliszek.
         Po opróżnieniu naczynia artystka zanotowała, że to była jej absolutna granica wytrzymałości alkoholowej. Świat nie tylko wirował, ale także rozmazywał się i pulsował. Dlatego zaprzestała pogowania pod sceną i zagłębiła się w konwersację z Antonem, Marie i Meg.
         Około północy, gdy właśnie wrzała dyskusja nad sensem powstawania kolejnej części „Piratów z Karaibów”, do uszu Lily doleciały znajome dźwięki. Znaczy intuicyjnie, wewnątrz poczuła, że to jest to, zanim umysł zinterpretował sygnał. A był to kawałek AFI – „Medicate”. Wymieniła sugestywne spojrzenie z Marie, po czym w tej samej chwili co ona podniosła się z kanapy.
- Ja to śpiewam!
- Nie! Ty miałaś Placków!
- Ale dziś są moje urodziny! – Przekomarzały się radośnie, przytrzymując jedna drugą, by być od niej szybsza.
- A wiesz ile mnie to obchodzi! – Marie odwróciła głowę i wyszczerzyła się. Była kilka metrów przed Lily. Lecz gdy dotarła do tłumku otaczającego scenę, stanęła jak wryta. Grey miała nadzieję, że okularnica jednak postanowiła jej ustąpić i pozwolić zaśpiewać „Medicate”.
         Kiedy stanęła obok niej, zrozumiała, jak bardzo się myliła. Przy mikrofonie stał już ktoś inny. Ktoś, o kim Lily zupełnie zapomniała przez ten czas. Tak, to Davey Havok przygotowywał się, by zaśpiewać własną piosenkę. Dziewczynę totalnie zamurowało. Była pewna, że to nie dzieje się naprawdę. Dopiero charakterystyczne dla piosenek Davey’ego „Och” pozbawiło ją złudzeń. Żywy, wystrojony w ciemną dopasowaną koszulę Havok stał przed nią zupełnie jak podczas koncertu.
         Marie wcześniej wybudziła się z transu. Klepnęła Lily mocno w plecy i zaczęła tańczyć. Malarka zaraz do niej dołączyła. Razem z Davidem śpiewały kolejne wersy. Havok także czuł się jak ryba w wodzie. Podrygiwał i wczuwał się w tekst.
- Teraz, gdy gubimy się w tym i ignorujemy, że nawet nie znasz mojego imienia....
- Oj znasz, znasz! – Marie krzyknęła do ucha Lily.
- Nigdy nie byłaś moja, więc byłaś idealna... – Przez ułamek sekundy Davey obdarzył Lily jednym ze swoich, powodujących galaretowatość nóg spojrzeń. Może to tylko złudzenie, lecz jej wydawało się, że była to odpowiedź na jej wcześniej rzuconą propozycję.
- Kocham te jego oczyska! – Marie popiskiwała jak stuprocentowa groupie.
         Po wykonaniu piosenki Davey, jak gdyby nigdy nic, zszedł ze sceny i wmieszał się w tłum. Pijane towarzystwo było tak znieczulone, że nawet nie zanotowało obecności wśród nich takiej gwiazdy. A może po prostu go nie kojarzyli.
         Tak właśnie zachowywała się Joanna, która była już tak pijana, że bełkotała niezrozumiale.
- Tsałkem nieźle śpiewał ten fatset. Ale skąt on się wziął? S choinki się urwał tszy so?
- Jo, na dziś wystarczy. Zdecydowanie.
         Podczas gdy Lily użerała się z przyjaciółką, grupka Marii zbierała się do wyjścia. Wszyscy, poza Rose, która przez cały wieczór siedziała naburmuszona, pożegnali się z trójką przyjaciół. Lily i Anton zaczęli trzeźwieć, a Joanna, nie bacząc na prośby i groźby Grey, wlewała w siebie kolejne porcje alkoholu.
         Kwestią czasu było to, co się stało. 

_______________________________________
No ostatnimi czasy, to nawet często tu coś wrzucam. Bo jak się coś dzieje, to i opisywać się chce ;) Mam brak transferu, więc tym razem nie dodałam odnośnika do teledysku do Medicate. Znajdźta se sami ;P Ale za to nieźle naszukała się ładnego tłumaczenia "I do", bo to na tekstowie do mnie nie przemawiało. A jak już wlazłam na forum o Plackach, to siedziałam godzinę. Także taka pora dodania posta, to wina Placków, nie moja. Kurczę, naprawdę ich lubię, skoro pojawiają się także i w tym opowiadaniu ;). Co prawda ta piosenka za Placebowa zbyt nie jest, ale naprawdę pasuje do kontekstu. Jest taka niewinna i naiwna. I nieźle się kontrastuje z Medicate. No i ma wpływ na wydarzenia, bliższe i dalsze. No ;D
To do następnego, który w sumie może nie być tak szybki jak to było ostatnio, bo na moim horyzoncie pojawiają się koloski z chemii fizycznej, analizy instrumentalnej i zaliczonko z epidemiologii. W tym pierwszym jest problem żem z matmy i z fizy noga, z drugim może nie będzie źle, ale muszę trochę przysiąść do zadanej. A ostatnie  będzie problematyczne z powodu mojego lenistwa i niechodzenia na wykłady.
Ok nie smęcę, bo przeca nikogo nie interesują moje studenckie problemy. Co tam dzieci w Afryce, ja mam kolokwium z fizycznej! ;/
Dobra, stop. Koniec, kropka. 

środa, 6 marca 2013

11


         Z Joanną nie da się wygrać. Do tego wniosku Lily ponownie doszła siedząc na obrotowym krześle przed wielkim lustrem w jednej z sypialni swojej przyjaciółki. Natomiast Joanna szalała, trzymając w dłoniach na zmianę prostownicę, piankę do włosów, wosk, lakier, szczotkę, grzebień, spinki, wsuwki i inne ozdoby do włosów, które magazynowała po szafkach. Za punkt honoru postawiła sobie zrobienie wyjątkowej fryzury.
         Była środa, dwudziesty czwarty lutego – urodziny Lily. Joanna przyjechała przed jej dom już o ósmej, by mieć pewność, że Lily ukradkiem nie wymknie się na zajęcia. Pół godziny zajęło jej narzekanie na ubogą różnorodność strojów w szafie malarki. Potem streściła ze wszystkimi szczegółami kłótnię z Harry’m i jego matką, a jeszcze później poobgadywała dziewuchy z roku. Joanna była święcie przekonana, że Rose nie zrobiła sama zdjęć, za które dostała najwyższą ocenę.
         Gdy wreszcie wybiła godzina dziesiąta, czyli czas otwarcia wszystkich butików, Jo z prędkością światła znalazła się w swoim samochodzie. A trzeba też wiedzieć, że Thomson nie była dobrym kierowcą. Uzurpowała sobie prawo przejeżdżania na żółtym i wymuszała pierwszeństwo, a lusterek używała głównie do poprawiania makijażu i zalotnego mrugania do samej siebie.
         I choć trasa nie była wymagająca, bo prowadziła z zachodniego Berkeley, na którym mieszkała Lily, przez San Pablo Ave i Ashley Ave oraz wynosiła tylko cztery mile, to malarka kilka razy była pewna, ze skończy w szpitalu. Jakimś cudem dotarły cało na Telegraph Ave.
         Joanna wpadła w wir zakupów. Wpychała Grey do przymierzalni i przynosiła jej  góry ubrań, a następnie sama właziła do kabiny i poprawiała ułożenie tkanin. Lily nie miała nic do powiedzenia. Zresztą Joanna miała naprawdę niezły gust i (malarka musiała to przyznać) wybierane przez nią ubrania oraz dodatki były naprawdę ładne. W końcu stanęło na wyborze dopasowanej i krótkiej szarej sukienki. Lily najbardziej podobała się jej prostota. Długość do połowy ud zaniepokoiła blondynkę, ale Jo uparła się, by wyeksponować zgrabne nogi artystki. Luźne rękawy do łokcia pozwalały ukryć tatuaże przed natrętnym wzrokiem postronnych.
         Lily musiała przyznać, że zakupy się udały i spędziła miło czas, nawet jeśli Joanna za bardzo zwracała uwagę płci przeciwnej.
         Teraz Lily siedziała w domu Joanny i była poddawana wielu torturom. Oczywiście całkiem innego zdania musiała być kosmetyczka z salonu piękności matki Jo, która te tortury wykonywała, a mianowicie masaże, maseczki pielęgnacyjne, manicure i pedicure. Joanna miała ten luksus, że mogła korzystać z tych usług kiedy tylko by zapragnęła. Choć stylistka fryzur też pracowała w zakładzie, to włosami zajęła się osobiście Joanna.
- Zobaczysz, będzie wyglądało niesamowicie. Aż cała się trzęsę z podniecenia, gdy pomyślę jak cudownie będziesz wyglądać. To będą twoje niezapomniane urodziny. I jestem niesamowicie ciekawa twojej barwy głosu.
- Naprawdę? A jeśli nie znajdę nic dla siebie?
- Tam jest naprawdę wszystko. Od klasyków rock’n’rolla, przez współczesnych wykonawców aż po hardcore. Nawet... ten... AFI, też tam musi być. Więc nie masz wyjścia, musisz coś zaśpiewać.
- Przypomniałaś mi o czymś. Marie powiedziała, żebym koniecznie obejrzała nowe teledyski AFI. Podobno będę zaskoczona.
- Zaraz przyniosę laptopa, to obejrzymy. Kiepska z ciebie fanka, skoro nie oglądasz teledysków.
- Może bardziej doceniam teksty i muzykę, a nie skupiam się na gładkiej buźce wokalisty? – odparła kąśliwie Lily. Joanna zostawiła jej włosy, które na razie nie przedstawiały niczego niezwykłego. Po chwili wróciła, dzierżąc w dłoni komputer.
- No, to zobaczymy. – Włączyła laptopa. Wyszukała podany przez Lily teledysk. – Dobra, włączam. – Postawiła go na toaletce, a sama wróciła do poprzedniego zajęcia.
      Teledysk zaczął się dość niewinnie. Wieczorna pora, oświetlona rezydencja sporych rozmiarów. Cztery sylwetki zbliżają się do drzwi. Jedna z postaci naciska dzwonek do drzwi. Do tego momentu Lily nie zauważyła niczego aż tak niezwykłego, co miałoby ją powalić na ziemię.
         Do czasu. Drzwi otwierają się. W ujęciu ukazuje się zespół ubrany w eleganckie garnitury. Zespół, znaczy się Jade, Hunter i Adam. Grey uniosła wysoko brwi ze zdziwienia. Facet stojący na samym przodzie nie przypominał zniewieściałego wokalisty. A Lily nic nie słyszała o tym, by zmienili wykonawcę i przede wszystkim na płycie nie było tego słychać. Czyli to jednak Davey Havok.
         Malarkę nagle olśniło. Wszystko wydało jej się tak proste i logiczne, że było aż dziwne, że wcześniej tego nie zauważyła. Filiżanka z kawą, czarna woda, klasa, las, poker. Kobieta, która zabiera. A wszystko to łączył jeden przedmiot: czarne pudełko.
         Clandestine. Tajne, skryte. Czarna skrzyneczka z niewiadomą zawartością. Lily oglądała ten film, o ile można to nazwać filmem, tylko jeden raz, bardzo dawno temu. Jako specjalny dodatek do płyty Sing the Sorrow.
         A zaraz po olśnieniu przyszło upokorzenie. Dziewczyna zsunęła się na krześle i zapadła w sobie.
- Siedź jak człowiek, bo zepsujesz fryzurę. – Upomniała ją Joanna.
         Fryzjerka amatorka, nieświadoma uczuć przyjaciółko oglądała teledysk dalej. Członkowie zespołu weszli do rozświetlonego, bogato urządzonego hallu. W pomieszczeniu znajdowali się ekstraordynarnie ubrani ludzie. U szczytu schodów stała piękna, młoda kobieta w białej sukience z kokardą. Piękność wymieniła spojrzenia z liderem. Davey opuścił wzrok i skierował swoje kroki w stronę stołu, na którym stała pokaźna misa z ponczem. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę i wlał jej zawartość do naczynia. Pustą piersiówkę schował za plecami u pocałował wyciągniętą dłoń gospodyni, która właśnie zeszła ze schodów. W tym własnie momencie Joanna straciła zainteresowanie teledyskiem.
         Zatrzasnęła laptopa oburzona, jakby ją ktoś obraził.
- Widziałaś? – Szczotką trzymaną w dłoni wskazała komputer.
- Widziałam – Odparła Lily słabym głosem.
- Cholera jasna, kurde no! Tak nie może być, czemu to w ogóle włączałyśmy?
- Gdybym widziała to wcześniej, to na pewno nie zrobiłabym z siebie takiej idiotki. – Jęknęła malarka, nieświadomie zbliżając palec do ust.
- O nie! Nie obgryzaj paznokci! Trudno, wymyślę ci inną fryzurę.
- Słucham? O czym ty mówisz?
- A o czym ty mówisz? Nie widziałaś tamtej laski, ja właśnie robiłam ci taką fryzurę. A chciałam, żeby była jedyna w swoim rodzaju. Teraz wszystko poszło się kochać...
- Fryzura? Mniejsza o to, zrób mi taką, podoba mi się. Ale... cholera jasna. Powinnam założyć jakąś papierową torbę na głowę! I nigdy nie pokazywać światu swojego oblicza!
 - Nadal nie wiem, o co ci chodzi.
- Myślałam, że jesteś bardziej spostrzegawcza. Ten facet w granatowej koszuli nie wydał ci się znajomy?
- Właśnie wręcz przeciwnie. Myślałam, że ten twój ulubiony wokalista nie jest za przystojny. Pamiętam te odrażające turkusowe cienie i sztuczne rzęsy.
- Tak, też je pamiętam.- Lily parsknęła cicho. – A pamiętasz kto w sobotę zapłacił mój rachunek w kawiarni?
- Tak, jakiś fa... – Joanna urwała w połowie zdania. - ...cet. – Odłożyła szczotkę i ponownie otworzyła laptopa. – To spojrzenie, oczywiście. Ja cię pierniczę!
- Mówiłam ci, że mam niejasne wrażenie, że skądś go znam. No i proszę!
- Zapłacił z twoje ciasto.
- To paranoja, jak ja się wtedy zachowywałam!? Jak idiotka! Jakie ja bzdury wygadywałam! O arbuzach, grawitacji. O Boże! A wydawało mi się, że gorzej być nie może. Gdyby nie ta głupia karteczka, mogłabym się łudzić, że nie zwrócił na mnie uwagi. Uch, mam nadzieję, że już go więcej nie spotkam.
- Lily, nie dramatyzuj, uspokój się. Lepiej by było, gdybyś z piskiem rzuciła mu się do stóp albo udając, że nie zwracasz na niego uwagi, wgapiałabyś się?
- I tak się wgapiałam i w dodatku zrobiłam z siebie kretynkę. Trafie chyba do rekordów Guinessa.
- Wyluzuj i nie obgryzaj paznokci. Dziś idziemy się bawić! Ja wszystko funduję, a ty się nie przejmujesz niczym ani nikim. A zwłaszcza Danielem...
- Davidem..
- No, to miałam na myśli. Więc, ta fryzura może być? To ci ją zrobię. Zaraz, gdzie ja... – Joanna zanurkowała pod toaletkę.
- A skąd masz taki nagły przypływ gotówki? Znaczy nigdy nie narzekałaś na jej brak, ale teraz bez przerwy na coś wydajesz pieniądze.
         Joanna jakby spochmurniała.
- Miałam ci to powiedzieć później, ale skoro pytasz, to nie ma sensu tego ukrywać. Mój ojciec ma romans.
- CO?!
- Tak, kryzys wieku średniego, te sprawy, dziewczyna niewiele starsza od nas. Staruszek był trochę zmieszany, gdy ich nakryłam. Jako rekompensatę za szokujący widok na moim koncie pojawiła się okrągła sumka.
- A twoja matka?
- Daj spokój, wcale nie jest lepsza. Od dawna miała kochanków, a ojciec był po prostu jej zabezpieczeniem finansowym.
- Jo... – Lily nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. Może w jej domu nie było za różowo, ale jej ojciec nigdy nie zdradziłby matki.
- Nie, Lil, nie musisz mnie pocieszać. Od dawna wiem, że moją rodzinę łączą tylko pieniądze. Ale wydawało mi się... że, no wiesz. Że mój ojciec nie jest taki jak matka. Myślałam, że ufamy sobie. Najwidoczniej tylko mi się wydawało. – Westchnęła, zamrugała oczami, by nie dopuścić do uronienia choćby jednej łzy. – Zmieńmy temat, co? Tak sobie myślę, że niektórzy faceci są jak wino. Im starsi, tym lepsi. Ten twój Daniel na przykład...
- Nie mój i nie Daniel, a David.
- Oj tam, oj tam. Więc ten David, wygląda naprawdę dobrze. Ma dziewczynę?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- Ojejku, nie czytasz żadnych portali plotkarskich? No wiesz, gdyby był wolny...
- To co? Nie ośmielisz się! – Lily zerwała się z krzesła.
- A co? Zazdrosna? Powiedz Lily, podoba ci się. Taki elegancki, z lekkim zarostem, bez seledynów i turkusów.
- Podpuszczasz mnie. Straciłabym do niego szacunek, gdyby..
- Gdyby się ze mną umówił? Dzięki, słodka jesteś. Siadaj, muszę podprostować ci końcówki. – Dam sobie z nim spokój...
- I tak byś go nie poderwała..
- A założymy się? Dam sobie z nim spokój, jak szczerze powiesz mi, co o nim myślisz?
- Naprawdę nie masz większych problemów? – Lily przewróciła oczami. – No dobrze. Więc wydaje mi się, bo przecież go nie znam, że jest mądry, miły, w końcu uratował Antona i zapłacił z nienormalną studentkę malarstwa. Pewnie jest też wrażliwy i dobry. Pisze naprawdę wyjątkowe teksty. I dobrze śpiewa. A oprócz tego jest weganinem.
- Czyli jeszcze większym świrem niż ty?
- Niejedzenie zwierząt to nie dowód na żółte papiery.
- A wygląd?
- Wiesz, od kiedy nie maluje się, to jak przyznałaś, wygląda dobrze.
- Tylko tyle? Wygląda dobrze?
- A co myślałaś? Że będę się pół godziny rozwodzić nad jego wyglądem?
- Bo ty zawsze jesteś taka powściągliwa. Nigdy mi o niczym nie mówisz. Ja tobie mówię wszystko, a ty?
- Chcesz się teraz o to kłócić? – Grey założyła ręce na piersi.
- Nie, po prostu nie wiem jacy faceci ci się podobają. Jesteś taka wybredna.
- Po co mam mówić, że ktoś mi się podoba, skoro go nie znam? Wygląd to tylko kwestia gustu.
- A ja chciałabym ci go poznać. Wtedy może bym kogoś dla ciebie znalazła.
- Och, daj spokój. – Dziewczyna jęknęła. – I proszę cię, zmień temat.
         Joanna z niezadowoleniem wypuściła głośno powietrze z ust, ale nie podjęła dalszej rozmowy, w ciszy dokonywała ostatnich poprawek . bez słowa wzięła się za robienie makijażu. Nałożyła korektor i podkład, przypudrowała Lily czoło i nos, nałożyła na policzki róż. Oczy podkreśliła mascarą i eyelinerem. Na koniec zaaplikowała na usta błyszczyk.
         Lily mogła wreszcie zejść z fotela. Efekt przewyższył znacznie jej oczekiwania. W idealnie dopasowanej sukience, czarnych rajstopach i szpilkach (choć pożyczonych) wyglądała zupełnie jak nie ona. Fryzura dopełniała olśniewający wygląd. Grzywka zaczesana do tyłu i podniesiona. Z boków głowy krótkie pasma warkoczy. Reszta włosów gładka i lśniąca, układała się swobodnie na plecach.
- Jo, jesteś wielka. – Grey nie mogła przestać się uśmiechać.
- Wiem. – Odparła Thomson, wciągając ognistoczerwoną wydekoltowaną sukienkę.
         Malarka nie wiedziała, jak Joanna to robiła, ale potrzebowała dosłownie chwilę, by zrobić się na bóstwo. Natura obdarzyła ją pięknymi, gęstymi lokami, które bez żadnych zabiegów układały się perfekcyjnie.
         Po krótkiej chwili obie wyglądały zachwycająco. Choć każda na swój sposób. Joanna pewna swojej urody emanowała kobiecością i seksapilem. Lily prezentowała się bardziej nietypowo. Miała mniej oczywistą urodę, lecz wyglądała świeżo i dziewczęco. Blada cera i jasne włosy dodawały jej delikatności i pewnego rodzaju niewinności.
_________________________________________________
Jestem z siebie dumna, że tak szybko dodałam coś nowego. No, ale jak taka miła pogoda, to od razu chce się żyć i coś robić. Szczerze mówiąc, miałam coś tu dodać wczoraj,no ale nie wyszło. Nie sądzę, by ktoś zauważył, ale zmieniłam zdjęcie Antona (tak, tak, wiem, ze ten nowy Anton to Ryan Gossling i wgl, ale jak zobaczyłam to zdjęcie, to no po prostu czysty mój Litwin). No i dodałam nowego bohatera, bedzie on raczej epizodyczny i pojawi się pod koniec tego opowiadania, czyli za jakiś pierdyliard partów, ale będzie nieraz wspomniany przez bohaterów, więc stwierdziłam, że chcę go tu dodać. Tym bardziej, że moja nową pasją jest wgapianie się w zdjęcia Matta Bomera (ten typ na zdjęciu), i to foto ucieleśniało moje wyobrażenie o Jeremy'm. Dobra nie gadam, bo i tak nikt nie rozumie mojego pieprzenia tutaj. ;P
PS. Też byłam w głębokim szoku, gdy po prawie 3 letniej przerwie od AFI obejrzałam nowe teledyski ;P No i mnie też cholernie odpychały te turkusowe cienie. Teraz jest zdeeeecydowanie lepiej ;P

wtorek, 26 lutego 2013

10

            „I co się gapisz?” Pomyślała z irytacją, gdy nieznajomy nie odwrócił wzroku. Co z tego że był całkiem przystojny. Można by nawet powiedzieć, że w typie Lily. Pozbawiony lalusiowatości, z niebanalną twarzą, męski. Siedzący z dobrze opracowaną niedbałością, zupełnie jakby nie uważał na to, w jakiej jest pozycji, a jednocześnie siedział tak, by wyglądać dobrze. Ciemne jak dwa węgliki tęczówki badały ją dokładnie spod przymkniętych powiek ozdobionych nietypowymi dla mężczyzny długimi, gęstymi rzęsami.
         Z boku musiało to wyglądać komicznie. Dwójka ludzi siedząca przy oddzielnych stolikach udaje, że się nie wpatruje w to drugie, a jednak to robi. Gdyby Lily miała lepszy humor stwierdziłaby z rozbawieniem, że tak mogłaby zaczynać się jakaś durna komedyjka dla niedorozwiniętych emocjonalnie singielek spędzaąacych samotnie walentynki. Ale w tej sytuacji Grey była prawie pewna, że to wzrok pełen politowania dla kompletnej wariatki.
         A jeśli nawet, to co? Nigdy nie spotka już tego faceta, a on  nic o niej nie wie. Zapłaci i wyjdzie. Niczym statysta w wielkim filmie, zwanym życiem.
         Malarkę czasem prześladowało wrażenie, że znajduje się w swoistym „The Truman show”, gdzie grała główną rolę, a ludzie spotykani na ulicy to wynajęci aktorzy, oscarowo grający swoje role. Potem zawsze rugała się w myślach, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby oglądać życie niespełna dwudziestotrzyletniej studentki czwartego roku malarstwa i grafiki na Uniwersytecie w Berkeley.
         Niejednokrotnie mijając ludzi na ulicy zastanawiała się nad ich sprawami, dlaczego właśnie szli tu i teraz, na kogo czekali niecierpliwie zerkając na zegarek. To dla tych przypadkowych osób ona była statystką.
Tym samym był dla niej ten goćć, niezależnie czy był jej znany. Nie spodziewała się, że wpadnie na niego za tydzień. No, chyba że był stałym klientem Boba. Ale też pod warunkiem, że oboje zjawiliby się tu tego samego dnia, o tej samej porze, co szczerze mówiąc, bez wcześniejszego umawiania się było fizycznie niewykonalne i niemożliwe.
Lecz gdyby tak się złożyło, to z pewnością nikt by już tego nie potraktował jak przypadek.
Lily odchyliła głowę mocno do tyłu; pozwoliła, by włosy swobodnie spływały po oparciu fotela; końcówki kosmyków dotknęły podłogi. Dziewczyna pozostała w takiej pozycji, by wyciszyć zahukane myśli.
Muzyka w lokalu była dziś zdecydowanie lepsza niż jeszcze jakiś czas temu. Bob, jako nieskomplikowany człowiek puszczał muzykę z radia, myśląc, że to wystarczające tło do rozmów. Lily miała całkowicie inne zdanie. Komercyjna, krzykliwa papka z drażniącym ucho umcy-umcy  była wręcz nie do wytrzymania. Zasugerowała kilka płyt z ambitniejszego popu, jazzowych inspiracji i muzykę instrumentalną. Na całe szczęście Bob skorzystał z jej sugestii. Dzięki temu kawiarnia przestała przypominać supermarket, gdzie trzeszczące radio nadawało bez przerwy „najnowsze hity”. Lokal dostrzegli także ludzie znudzenie głośnymi klubami i pubami. Do tego rodzaju klienteli z pewnością należał ów jegomość, który zajął ulubione miejsce dziewczyny.
Akurat z głośników płynęła jazzowa solówka na saksofonie, gdy drzwi frontowe otworzyły się i omiótł wszystkich słodko-mdły zapach drogich perfum. Lily nie podniosła głowy, choć doskonale znała ten zapach. Gdy usłyszała stukot obcasów na panelach, lekko zmarszczyła brwi. Stukot przepadł w niepamięć, kiedy Joanna zatrzymała się przy stoliku dwóch względnie młodych i normalnie wyglądających dziewczyn. Każdą z nich obdarzyła lepkim od błyszczyku pocałunkiem i kilkoma rzuconymi od niechcenia pytaniami. Następnie przestukała do stolika zajmowanego przez malarkę, spojrzała na nią krytycznie i zagadnęła:
- Co robisz?
- Kontempluję – Lily odpowiedziała po minucie ciszy, która była ostatnią okazją do uporządkowania płynących w różnych kierunkach myśli.
- Y.. Co? – Joanna przysiadła na fotelu, zajmowanym uprzednio przez Antona i Kimberly Dray.
- Niic. – Dziewczyna odparła przeciągle podnosząc głowę, która zdawała się być z ołowiu.
         Joanna w ciągu swej godzinnej nieobecności zdążyła się już przebrać. Miała na sobie ładną bawełnianą sukienkę w różnokolorowe kwiaty. Jej szyję i piersi ozdabiał srebrny łańcuszek z krzykliwym wisiorkiem wykonanym z różnokształtnych koralików. Na kolanach mieściła jedną ze swych małych, zgrabnych torebeczek, która kolorystycznie odpowiadała sandałkom. Dłonią przeczesała gęste, czarne loki. Bransoletki na przegubie dłoni zagrzechotały dźwięcznie. Thomson zdjęła przyciemniane okulary słynnego projektanta i odsłoniła bladoniebieskie tęczówki. Uśmiechnęła się w iście hollywoodzkim stylu i zakomunikowała:
- Zdjęcia powychodziły naprawdę świetnie. Zastanawiam się czy nie wywołać ich w większym formacie. A jak wywiad? I co się stało z twoimi włosami?
- Gdyby kiedykolwiek coś strzeliło mi do głowy i chciałabym znów udzielić wywiadu, proszę przypomnij mi ten.
         Lily streściła niezbyt udaną rozmowę z Dray.
- Powinnam była się tego spodziewać, ludzie są przecież naprawdę wścibscy. Ale żeby interesowała ich moja rodzina? Co więcej, zapytała czemu ludzie uważają mnie za arogancką. Przepraszam, czy ja robię przed uniwerkiem sondy i ankiety? – Grey z powrotem opadła na oparcie fotela. Włosy zafalowały, błyszcząc w świetle lampki i opadły kaskadami na czarną skórę obicia mebla.
         Joanna w odpowiedzi wybuchła głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę innych w pomieszczeniu.
- Uwielbiam twój sarkazm! – Powiedziała między kolejnymi salwami śmiechu.
         Lily prychnęła jak rozwścieczona kotka. Niepotrzebnie wstawała dziś z łóżka. Nie sądziła, by cokolwiek mogłoby jej poprawić nastrój. Była zła na siebie i rozczarowana wywiadem.
         Wtem do stolika podszedł Anton z kartą dań. Zdziwiony popatrzył na dwie studentki: jedną duszącą się ze śmiechu, a drugą zwisającą z fotela niczym postać z obrazu Fussli’ego „Koszmar”.
- Anton, mógłbyś nie chodzić po suficie? – Burknęła Lily wisząc głową w dół. – I co to w ogóle za pomysł, by mocować lampy do podłogi?  - dodała z pretensją w głosie.
- Przepraszam, to wina Newtona. On odkrył grawitację. – Kelner był całkowicie przyzwyczajony do dziwactw swojej przyjaciółki.
- Więc niech ją zakryje z powrotem. Powiedz mu, że ja jej nie chcę. I uspokój arbuzy. Śmieją się ze mnie. Mogłyby chociaż umyć pestki.
         Z miny Joanny można by odczytać, że uważa Grey za pomyloną. Gdy malarka wróciła do cywilizowanego sposobu siedzenia, fotografka zapytała z niepokojem:
- Dobrze się czujesz? Krew nie napłynęła ci do głowy? Arbuzy wcale się z ciebie nie śmieją.
- Może ci się tylko wydaje? Może szajka arbuzowych maniaków wyprała ci mózg, byś tak myślała? – Odparła malarka konspiracyjnym szeptem. – A może arbuzy bez przerwy się z ciebie śmieją, więc przywykłaś do tego i uważasz, że tak musi być? – dziewczyna wzięła ze stolika szklankę z różową zawartością, skinęła głową niby do toastu i wypiła całą zawartość.
- Spokojnie, ona zawsze tak ma, gdy jest coś nie idzie po jej myśli. – Uspokoił Joannę Anton, przyglądając się przyjaciółce, która właśnie przystawiła pustą szklankę do oka niczym lunetę. – Udaje psychiczną, by się uspokoić.
- Wcale nie! – Obiekt mini psychoanalizy Litwina postawił z łoskotem szklankę. – Wszystko zepsuliście. – niczym obrażone dziecko Lily zsunęła się z fotela.
- Mówiłaś jej o środzie? – Kelner szybko narzucił nowy temat, by Grey nie pogrążyła się w kontemplacyjny i smętny nastrój.
- Dopiero przyszłam. Przynieś mi łaskawie lody śmietankowe z polewą czekoladową i orzechami.
- Co o środzie? – Lily wynurzyła się spod stołu i z zainteresowaniem uniosła brwi.
- Jak to co? Twoje urodziny! Razem z – Tu Joanna odwróciła wzrok i głową wskazała bar. – przygotowaliśmy coś dla ciebie.
         Malarka zamrugała, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Nic dziwnego, od pięciu lat nie obchodziła urodzin, więc całkowicie o nich zapomniała. Nie były one dla niej dniem, na który czekała z niecierpliwością.
- Będzie cudownie, zobaczysz! – Joannie oczy zaświeciły się z podniecenia, z pewnością wszystko dokładnie zaplanowała. – W środę rano zabieram cię na zakupy, potem spędzimy cały dzień u mnie, a wieczorem idziemy na karaoke! – Uśmiechnęła się na koniec, czekając na entuzjastyczną reakcję Lily.
- W środę muszę oddać na zajęcia...
- Cicho, nic nie musisz! W środę nawet nie zobaczysz budynku uniwersytetu!
- Ale... karaoke? To beznadziejny pomysł!
- I tu jest twój problem! Wszystko, co nowe od razu odrzucasz! Daj spokój, podejdź do tego na luzie.
- Łatwo ci mówić, bo masz głos jak dzwon. – Lily skrzyżowała ręce na piersi.
- Jak ludzie mają dobry głos to zakładają zespół lub idą do Idola. A karaoke to tylko zabawa.
- Nie widzi mi się śpiewanie piosenek Rihanny czy Nicki Minaj.
- Dlatego nie idziemy do zwykłego klubu. Tamten jest specyficzny. Tylko dobra, rockowa muza. Pasi?
- Naprawdę?
- Zero, jak to ty mówisz, radiowego chłamu. Porządna muzyka na poziomie.
- Hm, zobaczę. – Dziewczynie zabrakło już argumentów na nie, więc dała niejasną odpowiedź.
- Okej, to musi mi wystarczyć. Tak w ogóle to byłam tam kiedyś z Nickiem. Wiesz którym. – Joanna wyszczerzyła się. – On znów do mnie pisze. Myśli, że coś z tego wyjdzie. A ja, no cóż, potraktowałam to jako jednorazową przygodę. Czy on naprawdę myśli, że może kwalifikować się jako mój facet. O nie! On jest taki...
         Ale Lily już nie słuchała, jaki jest Nick. Bezwiednie gładziła palcem prawą skroń. Umysłem nie znajdowała się w kawiarni. Przed oczami migały jej obrazy kolejnych urodzin. Lukrowany tort z krzywo powtykanymi świeczkami, miś niedbale przewiązany wstążką.
         A potem, niespodziewanie krzyk. Mama osuwająca się na fotel, ojciec wybiegający z pokoju. Trzaskające drzwi wyjściowe. Odgłos zapalanego samochodu.
- Lily – Szepcze mama. – Daj mi rękę. Tego prezentu na pewno się nie spodziewałaś.
         Wraca ojciec. Bierze ją na ręce i wsadza na tylne siedzenie samochodu. Matka, jęcząc, siada obok niej. To wszystko dzieje się tak szybko. Ulice za szybą zlewają się w zbitą szarą masę. Ojciec klnie, matka ciężko oddycha szarpiąc materiał sukienki. W końcu samochód zatrzymuje się. Ojciec ponagla ich, coś wykrzykuje. Wchodzą do wysokiego, białego budynku z mnóstwem okien. Wdrapują się po schodach, nieprzerwanie asekurując mamę, najpierw na pierwsze, potem na drugie piętro. Kobieta ubrana na biało zabiera mamę i każe im czekać na korytarzu. W powietrzu unosi się dziwny zapach. Podłoga i ściany wyłożone są biało- czerwonymi płytkami. Wszystko jest takie dziwaczne i obce, zwłaszcza małe obrazki krzywo wiszące na gwoździach. Z korytarza prowadzi wiele drzwi, wszystkie zamknięte.  Nagle jedne z nich się otwierają, wychodzi mężczyzna ubrany na zielono w asyście dwóch kobiet. Ojciec niecierpliwie ściska dłoń Lily. Czas bardzo się dłuży. Wreszcie, gdy już się wydawało, że będą czekać wiecznie, pojawia się mama na wózku z małym zawiniątkiem w rękach. Ojciec podchodzi i ciągnie ją za sobą. Tym zawiniątkiem jest mały, różowy, pomarszczony człowieczek.
         Lily zamrugała powiekami. To jedno z jej najstarszych wspomnień, nie licząc tego z królikiem. Miała wtedy cztery lata. W jej urodziny przyszedł na świat Leonardo, jej młodszy braciszek W środę będzie obchodził swoje dziewiętnaste urodziny.
         Dziewczyna zacisnęła powieki, by nie rozpłakać się. Mija kolejny rok kiedy nie obchodzą urodzin razem, kiedy nie widzi go, nie kłóci się z nim, kiedy nie czyta mu bajek przed snem, mija pięć długich lat podczas których oboje się zmienili i być może nawet się nie rozpoznają, gdy nastąpi spotkanie.
- Zostaw ją, to u niej normalne. W każdym razie normalne dla artysty.
- Takie zawiechy? To wygląda... dziwnie. Jakby była gdzieś indziej.
- Sądzę, że tak jest.
- Nie krępujcie się, rozmawiajcie dalej. – Lily zwróciła się do przyjaciół.
- Och, Lily, wróciłaś, martwiliśmy się o ciebie.
- Całkowicie niepotrzebnie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
         Joanna uśmiechnęła się i skierowała swoją uwagę na lody. Anton nie był do końca przekonany, ale nie zgłębiał tematu. Znał dziewczynę wystarczająco długo, by wiedzieć, że miała wystarczająco dużo wspomnień, do których stanowczo za często wracała. Lub po prostu tworzyła jakiś wizjonerski obraz i nie powinno się jej przeszkadzać.
         Przez chwilę cała trójka siedziała cicho. Było to wyjątkowa sytuacja, bo zazwyczaj Joannie usta się nie zamykały od uszczypliwych uwag w kierunku Antona.
         Lily odchyliła się na fotelu i ukradkiem wyjrzała zza parawanu. Nieznajomy nadal tam siedział. Pochylał się teraz nad notatnikiem i coś w nim zapisywał. Dziewczyna poczuła skurcz w brzuchu. Wydawało się jej jakby przeżywała deja vu. Już kiedyś widziała kogoś, kto właśnie tak pochylał się nad zeszytem i coś zapisywał. Obok niego stała filiżanka kawy. Tak było i tym razem.
         Co było potem? Grey pochyliła głowę i w skupieniu przywoływała z pamięci sytuację. Klasa, wanna, poker... Jaki to miało związek, czemu o tym pomyślała? Wpatrywała się tępo w blat stołu. Królik, czarna woda, las, uczniowie. Kobieta. Siada, bez słowa całuje i znika. Zabiera. Ale co?
         Malarka westchnęła z rezygnacją. A może to wszystko jej się tylko wydaje? Na uczelni setki studentów siedziało w ten sposób i notowało na zajęciach, nic nadzwyczajnego. Spojrzała jeszcze raz na obiekt zainteresowania. Mężczyzna odłożył długopis. Wyciągnął dłoń i uchwycił porcelanową, białą filiżankę. Sposób, w jaki ją trzymał spowodował u Lily dziwne mrowienie. Ludzie w ten sposób nie trzymają naczyń. Przynajmniej nikt, kogo znała, ale miała zamglone wspomnienie, gdy ktoś kciukiem i palcem wskazującym obejmował brzeg filiżanki.
- Znowu...
- Co znowu? – Lily westchnęła i wyprostowała się na siedzeniu.
- Znów odpływasz.
- Zastanawiałam się... Czy kojarzę, gdzie ten lokal karaoke może być.
- Nie sądzę... Chociaż... Poczekaj, przecież to jest zaraz obok ciebie. Wiesz gdzie jest 7th street?
- Proszę cię, aż taka ograniczona nie jestem. Znam rozkład jazdy autobusów, co tobie sprawia trudność, więc wiem gdzie to jest. Ale przecież 7th street jest długa. W którym miejscu dokładnie jest ten twój klub?
- Ojejku, zaraz obok Berkeley Public Health Clinic.
 - No, to rzeczywiście bardzo blisko. – Odparła sarkastycznie Lily.
- No widzisz! Nawet jak się upijesz, to jakoś trafisz do domu. – Joanna nie zrozumiała kąśliwej uwagi Grey.
- Nie macie już ciekawszych tematów niż alkohol? – Odburknął Anton.
         Lily spojrzała na pusty talerzyk po ciastku.
- Ja mam ciekawszy temat. Proszę cię, powiedz mi, kiedy przestaniesz traktować mnie jak kaleką sierotę? – Spytała dziewczyna z jadem w głosie.
- Znów zaczynasz? – Chłopak przewrócił oczami.
- I będę zaczynać tak długo i często, aż zrozumiesz, że nie przymieram głodem, więc nie musisz mnie dokarmiać niczym kaczek w parku.
Wegetarianizm jest moją absolutnie świadomą decyzją i choć tego nie rozumiesz, uszanuj to. Ponad to potrafię o siebie zadbać, chcę pozostać samodzielna i niezależna, a ty to za każdym razem kwestionujesz. Sugerujesz, jakobym potrzebowała opieki i silnego męskiego ramienia. Nie chcę by ludzie narzucali mi swoją wolę, bo ja tak nie robię.
- Ale...?
- Nie przerywaj mi, kiedy mówię. Podzielisz się wnioskami z mojej wypowiedzi jak skończę. Stawiając przede mną talerz z jedzeniem nie dajesz mi prawa wyboru i czujesz satysfakcję, bo ja nie lubię marnować jedzenia. Doskonale wiesz, że nie mam pieniędzy, a mimo to mój dług u ciebie powiększa się za każdym razem, gdy przychodzę. Co więcej, przez ten popieprzony projekt nie mam czasu podjąć się jakichś dorywczych zleceń, więc w najbliższym czasie nie oddam ci tych pieniędzy. A to sprawia, że czuję się jak jakaś naciągaczka, bo choć coś takiego jak pieniądze nie ma dla mnie zbyt dużej wartości, to świadomość, że ktoś nadwyręża swój budżet by dogodzić mi głupimi ciastkami i koktajlem z arbuzów, wierz mi, jest przygnębiająca.
         Dziewczyna prychnęła na koniec, by dać upust swojemu niezadowoleniu, oparła się z powrotem, skrzyżowała ręce na piersi i ostentacyjnie odkręciła głowę. Poczuła na sobie wzrok wszystkich obecnych w lokalu. Skrzywiła się nieco, ale nie ustąpiła.
         Joannę i Antona zamurowało. Siedzieli z wysoko uniesionymi brwiami i spoglądali na siebie ze zdziwieniem.
- Lily.. – Litwin odezwał się niepewnie.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jesteś w pracy. Nie powinieneś zatem zajmować się klientami? – Grey spytała chłodno.
         Chłopak bez słowa wstał i poszedł za bar. Lily wiedziała, że zachowała się skandalicznie fucząc na niego, ale dostawała już białej gorączki. Był jej przyjacielem, to fakt, znał ją najlepiej, lecz czasem na siłę chciał ją uszczęśliwić, co oczywiście miało odwrotny skutek do zamierzonego. Nie znosiła litościwego traktowania. I była zbyt dumna, by przyjmować takie przejawy troski.
         Joanna jakby skurczyła się w fotelu. Z dwojga złego wolałaby, by Lily wybuchła i wykrzyczała to, niż mówiła takim spokojnym, jadowitym głosem. Iskry w jej oczach nie mówiły niczego dobrego. Dlatego czarnowłosa nie odzywała się wcale, by nie pogorszyć jeszcze sprawy.
         W tym czasie ludzie w kawiarni powrócili do swoich zajęć, przestając zwracać uwagę na stolik, przy którym siedziały dziewczyny. Mężczyzna, który powodował niezdrowe zainteresowanie Lily , dopił swoją kawę, notes schował do kieszeni czarnej, dobrze skrojonej marynarki. Wstał, poprawił mankiety, przygładził ciemne, wąskie spodnie, zostawił przy filiżance zapłatę za zamówienie i wyszedł. Rzucił jedno przeciągłe, niby obojętne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek w stronę Lily i opuścił kawiarnię.
         Joanna uchwyciła to spojrzenie i popatrzyła na przyjaciółkę pytająco. Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
         Chwilę później Anton podszedł do stolika, sprzątnął pustą filiżankę i zabrał banknot. Po czym podszedł do dziewcząt i oznajmił:
-Ten facet już drugi raz ratuje mi dziś tyłek.
- Co?
- Patrz – Chłopak podał Lily kartkę papieru z nakreślonymi pospiesznie kilkoma słowami. Czarny atrament jeszcze połyskiwał, słowa były napisane dosłownie przed chwilą.
- To nie jest twoje pismo. – Malarka niepewnie przeniosła swój wzrok z kartki na kelnera. Anton w odpowiedzi wykrzywił usta.
- Co tam jest napisane? – Joanna wychyliła się mocno, by przeczytać przekrzywione w prawo i ściśnięte litery.
- „Płacę także rachunek pani w blond włosach”. – Lily tylko uniosła brwi. Jej towarzyszka otworzyła szeroko usta. – Co to ma być?
- Nie wiem, ale teraz jemu, a nie mnie wisisz kasę. – Litwin wyszczerzył się. – I jeszcze dał mi pięćdziesiąt dolców napiwku.
- To dziwne. Nie. To głupie. Ośmieszyłam się podwójnie. Raz z wywiadem, a teraz z tym. Ten facet myśli, że jestem niespełna rozumu.
- Kto to w ogóle był? – Zapytała Joanna, gdy Anton wrócił za bar.
- Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się znajomy, aż za bardzo.
- Jeśli to miał być podryw, to trochę mu nie wyszedł, mógł chociaż zostawić swój numer telefonu. – Joanna wyrwała Lily karteczkę.
- Jaki podryw? Widziałaś go? On był po trzydziestce! Raczej zrobił to z litości. Albo po prostu chciał uratować jego skórę.
- Albo po prostu poderwać jego?
- Bredzisz. – Odparła spokojnie Lily. Z zamiarem jak najszybszego wyrzucenia z myśli tego incydentu, zmieniła temat. – Skoro sprawa mojego rachunku została raczej roztrzygnięta, wrócę do domu i dokończę notatki na poniedziałek i przygotuję się na wtorkowe zajęcia. Ach, byłabym zapomniała. Jeżeli ma mnie nie być w środę na uniwerku, to muszę we wtorek oddać te dwa albumy na zajęcia z profesor Leighton.
- Czyli pewnie spotkamy się dopiero w środę? – Joanna drgnęła. – Zabiorę cię na Telegraph Ave i narobimy takich zakupów, że...
- Przecież ta ulica ciągnie się kilometrami!
- A myślisz, że od czego mam swoje Audi?
„No cóż”, pomyślała Lily „z Joanną nie da się wygrać. Ale za to może będzie zabawnie”.
_________________________________________________
Wracam, jestem. I to z taaaką partią materiału. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu wynagrodzę czytaczom to czekanie na coś nowego ;P Napisałabym tu coś mądrego, ale jest właśnie 23:23 i nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Indżoj :)

niedziela, 16 grudnia 2012

Etenszyn

Postaram się tu nie rozpisać, tak jak zrobiłam to na moim drugim, słitaśnym blogasku. Jak kto chce przeczytać, to niech se zajrzy.
Sprawa taka, sesja idzie, czas się uczyć. Niczego nie przerywam, nie anuluję i tak dalej.
Choć muszę przyznać, miałam wiele dylematów z tym opowiadaniem i blogiem. Często jak się pryśniczę, mam wtedy najwięcej rozważań. I tak myślę czy to co piszę jest sensowne i tak dalej. Czy nie powinnam zająć się czymś poważnym, tj pilniejszą nauką, zapatrywaniem się na swoją przyszłość po studiach i takie tam blablabla nudne poważne decyzje, od których zależy moje życie i losy Wszechświata. I coraz częściej moje rozmyślania sunęły w kierunku usunięcia strony, wrzucenia zeszytu do pieca i wgl przestania ośmieszać się w sieci. Ale ostatnio nastąpił przełom. Wzięłam do ręki zeszyt, po raz kolejny przemknęłam wzrokiem po tych 152(!) stronach A4 i spłynęło na mnie natchnienie. Chwyciłam do ręki długopis. Potem tak samo z siebie powstało 10 stron, a w głowie dalsze losy. Które co prawda w mglisty sposób były uformowane, ale teraz zaczęły nabierać realnych kształtów. To mi dało do myślenia, że zarówno "Pomarańcze...", jak i "But home is nowhere" dają mi niesamowitą radość tworzenia i satysfakcję. Każde opowiadanie w inny sposób, ale uczucie jest naprawdę miłe. Roczna przerwa od perypetii życiowych Lily pozwoliła mi nabrać pewnego dystansu i świeżości myślenia. A także dała odczuć, że pisanie w 3 osobie jest tak samo, a może i bardziej sprawiające przyjemność, niż to, jak piszę w "Pomarańczach". Także bądźmy pełni optymizmu, bo nawet jeśli nie widać tego na razie na blogu akcja się komplikuje, miesza i biegnie nowymi torami. O niektóre nawet bym siebie nie podejrzewała. I nadal rozważam, w jaki sposób będę to kontynuować. Bądź co bądź, pomysłów mi nie brakuje. Za to brak czasu i mobilizacji, by to wszystko spisać. Jeśli czegoś bym sobie życzyła w Nowym Roku, to właśnie tego.
Będąc przy temacie życzeń i świąt, chciałabym i Wam, moi czytelnicy złożyć najserdeczniejsze życzenia, bo być może, a również prawdopodobnie niczego przed sylwestrem tu nie dodam. By Wasze święta upłynęły w spokojnej atmosferze, porządki nie były tak uporczywe, a prezenty cieszyły bardziej niż zwykle. I by nastała rodzinna atmosfera (jeżeli jej nie ma, tak jak to często bywało w moim domu) lub była jeszcze przyjemniejsza niż do tej pory.
Złota Żmija
PS. Podpisując się na dole, czego zwykle nie czynię, czuję się jak biskup piszący list do wszystkich kościołów w diecezji albo jak prezydent z jakimś obwieszczeniem. Hie hie

środa, 5 grudnia 2012

9


Mogłoby wydawać się to dziwne i niecodzienne, ale powodem tego wszystkiego był mężczyzna. Jak najbardziej mężczyzna. Lily określiła jego wiek na niewiele ponad trzydzieści lat. Siedział dwa stoliki dalej. Prezentował jej swój prawy profil. Skupiony na rozmowie z Antonem, nie spuszczał z niego wzorku. Bladą, pociągłą twarz porastał może dwudniowy zarost. Starannie ułożone czarne włosy intensywnie połyskiwały w blasku lampeczki stojącej na stoliku. Nie, one nie były czarne. Grzywka postawiona do góry, niby nonszalancko, miała zdecydowanie kolor blond.
Niby niewiele i nic niezwykłego, ale zainteresował Lily ten mężczyzna. I świadomość, że widzi nie widzi go po raz pierwszy. Przeszukiwała intensywnie wspomnienia, ale nikt takiego wyglądu z pewnością się tam nie znajdował. Mgliste oblicza samców powodowały tylko mętlik. Nie dały żadnego rezultatu.
Pan intrygujący złożył zamówienie, wyprostował się i odwrócił głowę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment, zanim Lily spuściła oczy, by nie zdradzić swojego niezdrowego wgapiania w nieznajomego. Zdecydowanie ta twarz była jej znajoma! Chociażby usta. Wąskie (dla Joanny z pewnością mało atrakcyjne), górna warga z wydatnym wcięciem. Idealnie pasujące do twarzy. Inne zresztą by nie pasowały. Sprawiałyby, że twarz zgubiłaby swoje proporcje i harmonię. Nos wydawałby się za duży, policzki zbyt wklęsłe, a oczy mniej wyraziste.
Chrząknięcie Kimberly sprowadziło Lily na ziemię. I wzbudziło zainteresowanie nieznajomego. Studentka kątem oka dostrzegła, że brunet taksuje ją wzrokiem, tak jak ona jego wcześniej.
- Ten kelner to twój chłopak? – Zapytała rudowłosa, myśląc, że malarka obserwuje Antona.
- Nie… nie, to przyjaciel. – Lily wzięła do ust kolejny kawałek ciasta.
- Możemy zaczynać?
- Nie mam nic przeciwko.
Kimberly wzięła z podłogi torbę i wygrzebała z niego notatnik i czarny długopis. Blondynkę to zdziwiło, nie spodziewała się tak tradycyjnych przyborów dziennikarskich. Zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy Dray wręczyła te przedmioty Lily.
- To taka tradycja, że każdy, z którym przeprowadzamy wywiad, rysuje swoją podobizną. To chyba dla ciebie nie będzie żaden problem? – Uśmiechnęła się przekrzywiając głowę. Po chwili wyciągnęła z torby iPhone’a i ustawiła dyktafon.
- No, to może pierwsze, dość sztampowe pytanie. Dlaczego właśnie malarstwo, a nie na przykład budownictwo czy fizyka?
- Bo do niczego innego się nie nadaję! – Ta odpowiedź automatycznie cisnęła się studentce na usta. – A tak na poważnie, od najmłodszych lat, odkąd tylko pamiętam, malowałam i rysowałam. Na początku bohomazy i bazgroły jak każde dziecko. Potem rysunki zaczęły nabierać rozpoznawalnych kształtów.
- Uhm. I co przedstawiał pierwszy rysunek, na którym dało się coś rozpoznać?
- Nie jestem już pewna, ale wydaje mi się, że królika. Szarawego, nieszczególnego z dużymi uszami i szklistymi oczami.
-Dlaczego właśnie królik? Dzieci przeważnie rysują słońce, chmurki czy domek.
- Dostałam królika w prezencie na trzecie urodziny. I tak zakorzeniła się we mnie miłość do królików.
- Sentyment do królików… Ten obraz… w galerii. Tam też jest królik!
- Tak, tam też. Można by nawet powiedzieć, że był to portret, bo pozował mi żywy zwierzak. Mój Jack.
- O… czyli masz zwierzątko? – Kimberly zmieniła pozycję. Podciągnęła kolana pod brodę.
- Miałam. – Lily spojrzała na czystą kartkę, przełożyła długopis do drugiej dłoni i zaczęła rysować swój portret. – Jack umarł w tamtym roku.
- Tak mi przykro! – Wykrzyknęła Kimberly z fałszywą nutą w głosie; znów inaczej ułożyła swoje ciało – tym razem opuściła nogi na podłogę. Palcami przeczesała i tak zwichrowane włosy. Malarka pochyliła głowę kreśląc długopisem owal swojej twarzy i zarys oczu.
- Ojej! – Rudowłosa zapiszczała. – Jakie masz długie włosy! Pokaż, pokaż!
Zeskoczyła z fotela i zanim studentka zaprotestowała ściągnęła z jej włosów gumkę. Pasma rozsypały się dookoła. Kimberley z podnieceniem rozczesywała je palcami. Z ukontentowaniem mieszała w nich, na przemian roztrzepując i przygładzając. Lily była przyzwyczajona do takich zabiegów. Joanna (zaraz po śpiewaniu, aktorzeniu, imprezowaniu i tańcach) uwielbiała czesać ludzi. Zaciągała artystkę do swojego pokoju i ze szczotką oraz mnóstwem gumek i spinek wyprawiała prawdziwe cuda.
Gdy Kimberly zaspokoiła swoją potrzebę potargania włosów, malarka był prawie pewna, że jej fryzura niczym nie ustępuje uczesaniu Dray.
- Śliczne są, a jakie mocne! I ten kolor! Naturalny? – Zapytała, gdy z powrotem znalazła się na fotelu. – Kurczę, posiadanie takich włosów to ciężka sprawa. Nie kusi cię by pójść do fryzjera i je ściąć?
- Nie. – Lily uśmiechnęła się do siebie. – Długie włosy są swego rodzaju symbolem.
- Mhm? – Dziennikarkę to najwyraźniej zaciekawiło.
- Byłam wychowana w bardzo konserwatywnej rodzinie. – Studentka zaczęła dość niepewnie, zagarniając kosmyk włosów za ucho. – Moi rodzice uważali, że długie włosy nie przystoją skromnej dziewczynie. Powtarzali: dopóki żyjesz na naszym utrzymaniu, będziesz robić to, co my uznamy za słuszne i właściwe. dlatego długie włosy kojarzą mi się z wolnością. Ale także, choć to głupie, z dorosłością i samodzielnością. A poza tym, jak można efektownie pogować z włosami obciętymi na pazia?
- Yyy… - Kimberly przeniosła swój wzrok z Antona, który przyniósł jej zamówienie, na rozmówczynię. – Ok, możemy przejść do pytań mniej spontanicznych? Nie chcę, żebyś pomyślała, że przyszłam tak na żywioł, nie wiedząc, kim jesteś i co robisz. Uskuteczniłam nawet małe śledztwo. Tyle, ze ono niewiele mi dało. Ludzie praktycznie nic o tobie nie wiedzą. Chciałabym ich trochę oświecić. Pozwolisz?
Lily podeszła do tego pomysłu jak pies do jeża. Ludzie nie interesowali się nią aż tak bardzo, a to, że niewiele wiedzieli było tylko zaletą. Niczego nie mogli wykorzystać przeciwko niej.
- Opowiedz coś o sobie. Gdzie mieszkałaś, coś o rodzinie i takie tam.
- Mieszkałam w Teksasie. – Rozpoczęła i urwała. Nie miała o czym mówić. – Od pięciu lat nie utrzymuję kontaktu z rodziną. – Dodała cicho.
Kimberly się wyraźnie zmieszała. Wyciągnęła słuszny wniosek, by tematu o rodzinie nie drążyć, bo nic ponad to nie uzyska. Taktownie pociągnęła myśl w innym kierunku.
- Jesteś bardzo tajemnicza. Studenci albo cię nie znają, nawet ci z twojego kierunku, albo cię nie lubią. Ci drudzy uważają,  że jesteś arogancka, nieprzyjemna i patrzysz na wszystkich z góry.
- Skoro tak mówią, to pewnie tak jest. – Malarka straciła chęć do wywiadu. Opowiadanie o relacjach miedzy ludzkich nie było jej mocną stroną. – Nie potrafię złapać z tymi ludźmi kontaktu, dlatego od razu przylepiają mi łatkę tej złej i niedobrej.
- Więc może powiedz jak TY siebie postrzegasz.
- Ambitna, perfekcjonistka, wegetarianka, marzycielka, zdystansowana.
- Ciekawa mieszanka. Czemu właśnie taka?
- Bo lubię sięgać coraz wyżej, nigdy nie robię czegoś na pół gwizdka, nie potrafię znieść cierpienia zwierząt, kiedy zamykam oczy świat staje się kolorowy i nieograniczony. A wycofania i bariery nauczyło mnie życie.
Kimberly uniosła brwi. Nie spodziewała się takiego wywiadu. Lily wydawało się, że Dray oczekuje wypowiedzi w stylu apodyktycznej, nieczułej dziewuchy, która jest tak okropna, że nikt jej nie lubi.
- Co rozumiesz przez ostatnie zdanie?
- Tak jest lepiej. Angażując się w cokolwiek, można przypłacić rozchwianiem emocjonalnym i załamaniem nerwowym.
- A miłość? – Ruda usiadła na fotelu po turecku. – Lily, masz chłopaka?
- Nie sądzę, by kogoś to obchodziło. – Malarka cieniowała prawie skończony szkic. – Nie mam. Pytałaś o miłość. Niby czym ona jest? I czy w ogóle istnieje? Ludzie teraz tylko się wykorzystują. Nie, dziękuję, ja tego nie potrzebuję.
Dray zamarła w miejscu. Stanowczo nie spodziewała się takiego wywiadu.
- Dlatego – Zaczęła powoli. – Angażujesz się tak bardzo w studia?
- Ludziom wydaje się, że malarstwo to taki wydumany kierunek, gdzie nie trzeba się uczyć. Wystarczy coś po swojemu nabazgrać i można zawsze bronić swoich chlapnięć farbą, że właśnie taka była koncepcja, a jak ktoś tego nie rozumie, to ma płytki umysł. Niektórzy studenci są tu tylko dla samego statusu studiowania, by bogaci rodzice się nie czepiali. Co więcej, by  mogli się pochwalić, że mają ARTYSTĘ w rodzinie. A ja… moja rodzina nie chce mieć ze mną nic wspólnego, właśnie dlatego, że inaczej czuję świat. Że przelewam go na płótno. Nawet, jeśli nie da się z tego wyżyć, to ja wiem, że robię to dla większej sprawy. Moje życie z perspektywy Wszechświata to tylko mrugnięcie okiem i mikroskopijny pyłek, ale jeżeli poświęcę je dla sztuki, to całkowicie jest tego warte. Staję się pełniejsza i szlachetniejsza dzięki temu.
- Kurczę, a czym się teraz uszlachetniacie na zajęciach? – Zapytała Dray z drwiną.  Lily dobrze wiedziała, że Kimberly jej nie rozumie. Była przecież nastawiona na lekki wywiadzik, po którym wróci do domu, przebierze się i pójdzie na kolejną imprezę z dziewczynami z Beverly Hills.
- Portret. Farbami.
Masz już jakąś koncepcję?
- Codziennie inną, z każdym dniem bardziej skrajną od poprzedniej.
- Więc na zakończenie wywiadu mogę życzyć ci znalezienia odpowiedniej koncepcji i… jeszcze więcej obrazów w galerii.
Kimberly wyłączyła dyktafon. Malarka akurat skończyła rysować swoją podobiznę. Wręczyła kartkę i długopis rudowłosej.
Dray pozbierała z podłogi rozgardiasz, wcisnęła w torbę szkic i zapłaciła Antonowi przy barze. Po chwili szybkim krokiem opuściła lokal.
W przeciwieństwie do Kimberly. Lily wiedziała jak ten wywiad się skończy już w momencie, gdy ściskała dłoń studentki dziennikarstwa. To była kompletna porażka. Wszyscy wezmą ją za jeszcze gorszą niż jest w rzeczywistości. W ogóle nie spodziewała się pytań o rodzinę czy związki. Wolałaby raczej opowiadać o studiach. Tylko kogo by to zainteresowało.
Grey westchnęła. Kosmyki zbyt długiej grzywki zawirowały i opadły prosto na oczy. Lily nie czuła zbyt wielkiej potrzeby, by je odgarnąć. Z pomiędzy pasm dostrzegła, że intrygujący nieznajomy patrzy się na nią z nieskrywaną ciekawością.
Cudownie. Zbłaźniła się nie tylko przed Dray, ale też przed wszystkimi w kawiarni. Umrzeć z zażenowania to  naprawdę beznadziejna śmierć, a malarka czuła, że ma ją na wyciągnięcie ręki. A chciała być mądrzejsza od wszystkich, chciała innym utrzeć nosa. To sobie narobiła. Ale tylko obciach i dodatkowego powodu, by traktować ją jak kosmitkę.

__________________________________________________
To już tradycja i reguła, że daję plamy. To znaczy tak rzadko coś dodaję. Już się tłumaczę i usprawiedliwiam. Ogólnie wyglądam jak zombie, mieszkam w warunkach jak zombie. No. Znaczy czuję się jakaś taka dziwna. Może to ta pogoda za oknem? To nie jest tak, że się nie wysypiam, bo jestem złym studentem i nie chodze na poranne wykłady, więc codziennie jestem w wyrze do ok 10. I to jedyna rzecz, którą spełniam na drodze do zdrowego stylu życia. Bo tak ostatnio sie dzieje, że jem 1 do 2 posiłków dziennie. I to zazwyczaj koło godziny 14. Im dłużej studiuję, tym dowiaduję się kolejnych powodów jak to niekorzystnie wpływa na mój organizm. Ale nie mogę się ogarnąć. Muszę posprzątać w pokoju. I zacząć funkcjonować. Bo jak nie nauka, to książki. Wróciła mi mania czytania non stop. Jedną skończę, drugą zaczynam. Wiecie jak jest. Żmija dostaje od rodziców pieniążki na jedzenie i kurtkę zimową. Ale na zakupach mija empik. Patrzy na książki i myśli: przecież z głodu i zimna nikt jeszcze nie umarł i kupuje 3 książki. ;/ Przy okazji polecam "Atlas chmur" Zarówno film jak i książkę. Prawdziwa magia i odtrutka na gówniane bestsellery o Greju.
Dobra nie pieprzę już więcej. Znaczy jeszcze mam taką malućką prośbę, by tych 7 obserwatorów (oczywista poza Wildflower) troszkę się w komentarzach uaktywniło :)